Samoobrona nie jest równa atakowi, ale bestialstwo w samoobronie jest równe bestialstwu w ataku.
Co do wspomnień: mojej prababci Niemcy wymordowali prawie całą rodzinę, a ją samą wywieźli do Rzeszy na roboty i tam spędziła większość wojny. I jakoś przez całe życie nie mówiła potem, że Niemiec to twój wróg i go bij. Bo widzisz, ona rozumiała, że o wojnie decydują jednostki kierownicze, natomiast w każdym narodzie i armii znajdzie się gros osób, którym zbrojny konflikt nie pasuje. Ale na wojnie nie ma "nie podoba mi się", tylko jest rozkaz i trzeba go wykonać. Właśnie dlatego podałem książkę Sajera jako przykład, bo czuć z niej prawdziwy autentyzm. To nie są wspomnienia jakiegoś kata, tylko młodego chłopaka (nawiasem mówiąc, pół-Francuza, pół-Niemca) przesiąkniętego ideologią, który w wieku 16 lat jest wysłany wgłąb ZSRR i zostawiony w zasadzie na pastwę losu. Ciekaw jestem, czy - nawet jeśli zabija - dla ciebie jest takim samym oprawcą, jak choćby strażnicy w obozach koncentracyjnych (wśród których też zdarzały się jednostki normalne).
Widzisz, dla ciebie wojna jest zerojedynkowa, jest wróg i jest pokrzywdzony naród. A ja staram się popatrzeć na to w większej perspektywie, zrozumieć, dlaczego wybuchła wojna. Cóż - jak dla mnie, IIWW musiała wybuchnąć. I winę za to ponoszą m.in. Niemcy, Polacy, Rosjanie, Francuzi, Brytyjczycy, Amerykanie, słowem - wszyscy, którzy uczestniczyli w polityce okresu międzywojennego. Po mało satysfakcjonującym zakończeniu I WW, napięciach społecznych, nienawiściach na tle rasowym, zapaści gospodarczej z doby wielkiego kryzysu i autorytarnej polityce wielu państw do wojny po prostu musiało dojść. I znalazło się na niej sporo jednostek, którym to nie pasowało, ale wyboru nie było - bo kulka w łeb za niesubordynację to nie jest alternatywa.
Z tej perspektywy uważam, że skrajną głupotą jest uważanie, że winę za wojnę ponoszą wyłącznie Niemcy i Rosjanie, a Polacy to jak zwykle świętoszkowaty i pokrzywdzony przez historię naród. Każdy kraj ma swoje ciemne karty w historii i sztuką jest spojrzeć na nie obiektywnie, a nie przez perspektywę swojej rodziny czy książek pisanych - niech zgadnę? - przez Polaków. Pokrzywdzonych, rzecz jasna.


