BioShock: Infinite - jednak kit?

BioShock: Infinite - jednak kit?

BioShock Infinite znowu stał się gorącym tematem, ale wcale nie dlatego, że lada dzień wychodzi dodatek Burial at Sea. To recenzent GameSpotu ocenił ponownie grę i dał jej masakrujące 4/10. Auć.

 
Pół roku temu dzieło Irrational Games wywołało niemałą euforię w branży, średnia ocen na poziomie 94% mówi sama za siebie. Ja sam byłem bardziej sceptyczny, wystawiając notkę 8/10. Nie mogłem się na dziwić, jak większość dziennikarzy zdawała się nie dostrzegać oczywistych braków Infinite, średnich lotów rozgrywki i jej niespójności z fabułą oraz światem gry. Wtedy Kevin VanOrd z GameSpotu przykleił łatkę 9/10, z czym najwyraźniej nie mógł sobie poradzić redakcyjny kolega Sam McShea, więc po tłumieniu w sobie przez sześć miesięcy negatywnych emocji, wystawił konkurencyjną ocenę, ustaloną na poziomie zaledwie 4 punktów.
Zmienianie ocen w branży elektronicznej rozrywki nie jest niczym nowym, ale na ogół robi się to w górę, w obliczu pierwotnego niedocenienia przez dziennikarzy danej redakcji jakiejś produkcji. Gry nie są jak wino, ale fakt, że czasem można nie uzmysłowić sobie wagi dzieła, z którym ma się do czynienia. W przypadku nowego BioShocka było zgoła na odwrót, a gorejące w podsumowaniu 4/10 jest straszliwie krzywdząca i niestosowna. Tak, tak, każdy ma prawo do swojej opinii i takie tam bzdury. Ale w tej konkretnej sytuacji u czytelnika powstaje niebezpieczny dysonans, pięć punktów na skali to przepaść - czyżby więc redaktorzy GameSpotu nie umieli odróżnić crapu z koszyka w supermarkecie od gry roku?
Infinite zmasakrowane
Rzetelność Sama McShea leci na łeb na szyję także w szerszym kontekście. Człowiek ten zrecenzował niedawne Beyond: Two Souls na 9/10, w podsumowaniu twierdząc, że to gra w zasadzie bez wad. Cała branża zwraca uwagę, że coś poszło nie tak w procesie produkcyjnym w Quantic Dream, a McShea nagle gubi gdzieś swoją wnikliwość, zwłaszcza w kwestii fabuły. GameSpot popełnił gruby błąd pozwalając na publikację drugiej recenzji Infinite, ale są też dobre aspekty całego zajścia: ponownie rozgorzała dyskusja nad przereklamowaniem dzieła Irrational.
Swoje 8/10 uargumentowałem tym, że „przeżyć serwowanych przez Infinite próżno szukać gdzie indziej”. Stanowisko to podtrzymuję, choć im więcej myślę o tej grze, tym bardziej jej braki mnie denerwują, a zalety maleją. Podejrzewam, że podobna sytuacja miała miejsce u McShea i choć poruszył on kilka istotnych kwestii, to nie podał on największej wady: „BioShock” w tytule.
Przez to, że nowa gra Irrational Games nazywa się BioShock, twórcy uznali, że musi to oznaczać wtłoczenie do rozgrywki plazmidów, szabrowania i masowego mordu. Najwyraźniej zapomniano jednak, że w kontekście wymyślonej intrygi nie mają one większego sensu i widać to jak na dłoni. Dlaczego zastępujące Plazmidy Wigory używane są tylko przez kilku dziwaków, skoro rozdają je nawet za darmo na festynach? Czy nie przydałyby się one policji, która pada jak muchy usiłując schwytać gracza?
Lepiej znowu nie zawiedź GameSpotu, Kenie Levine
Podwodne Rapture z poprzednich odsłon serii było niszczejącym i opanowanym przez chaos miastem, w którym szalały kreatury owładnięte substancjami dającymi nadnaturalne zdolności. To właśnie chęć zabawy w boga doprowadziła Rapture do ruiny. Podniebna Columbia z najnowszego „Szoka” to wciąż sprawnie funkcjonujące miasto, z mniej lub bardziej szczęśliwymi obywatelami. To gracz w skórze Bookera DeWitta obala funkcjonujący porządek. Choć wszędzie są zwykli ludzie, morduje, pali i ogołaca przestrzeń z jakichkolwiek cennych przedmiotów, zaglądając nawet do śmietników. Wszystkie te mało chwalebne czyny mają sens w kontekście Rapture, gorzej z Columbią. Feler ten jest dodatkowo pogłębiany przez fabułę i dialogi: cała ta misja uratowania biednej Eli i głębokie słowa padające z ust Bookera stanowią często dokładne przeciwieństwo dokonań gracza.
Pomimo, że nad grą dłubano ładnych parę lat i eksperymentowano z rozmaitymi „ficzerami”, ekipie z Irrational nie udało się odświeżyć rozgrywki w żaden głębszy sposób, czego koronnym przykładem jest ruchomy schowek na amunicję i życie, zwany także Elżbietą. Zostaliśmy więc z wciśniętymi na siłę elementami pierwszego BioShocka. Te trzymają się wciąż całkiem nieźle, więc jeśli przymknąć oko na ich kłopotliwą implementację zabawa jest naprawdę dobra. Parafrazując : król wcale nie jest nagi. Jego szaty wciąż są piękne, tylko niestety kolory zestawił niezbyt fortunnie, a gdzieniedzie puszczają szwy.
 


Komentarze

Portret użytkownika JOY_PL

Przesada 4/10.... takie ocveny dostaja gry jak sniper elite v2 albo ten kisz o powstaniu Warszawskim .... Ocena ocenie nie równa. Jak ktos grał moze sie wypowiedziec.

Portret użytkownika SavagE

sniper elite 2 nie dostalo ani jednej czworki xD (poza edge, ale to sa dziwaki; potwierdza regułę)

Portret użytkownika kalu

Bez przesady nowy BS daje radę, a dzięki DLCkowi wracamy do podz.. znaczy się podwodę;)