Crysis 2

Crysis 2

Po spędzeniu z Crysisem 2 sam na sam kilkunastu godzin mogę tylko potwierdzić to, co podejrzewałem już znacznie wcześniej – Crytek wziął sobie do serca krytykę pierwszego Crysisa i dostarczył nam grę wypasioną w każdym calu, w pełni wykorzystującą swój potencjał. Pomysł nanokombinezonu, czy implantów dających specjalne umiejętności, jest zgoła nienowy, ale chyba po raz pierwszy zrobiono to tak dobrze. Przeczytaj sam.
Jak nietrudno zauważyć, gęste dżungle, z których słynął pierwowzór, odeszły w zapomnienie na rzecz czegoś znacznie bardziej cywilizowanego – tym razem naszym placem zabaw będzie niezapomniany Nowy Jork, znajdujący się obecnie pod inwazją obcych i epidemią wirusa. Wskakujemy w buty Alcatraza, gościa na kacu tak silnym, że aż nie chce mu się w ogóle gadać. Niestety jego pobyt w Wielkim Jabłku nie zaczyna się zbyt przyjaźnie, powiem otrzymuje zabójczy postrzał ze statku obcych. Gdy tak sobie kona w wodzie, Prorok, jeden z bohaterów oryginalnego Crysisa, przybywa z pomocą, oddaje swój kostium, a ten stawia naszego gieroja na nogi. Tym samym, chcąc nie chcąc, zostajemy wplecieni w grubą intrygę, która pozornie jest tylko „najazdem obcych na Ziemię”.
Morda
Fabuła Crysisa 2 pozytywnie mnie zaskoczyła, prezentując, jak na FPS, bardzo wysoki poziom. Co prawda nie wyjaśniono, dlaczego po zamrażających mocach obcych nie ma teraz ani śladu, ani co się stało z Nomadem i Psycho, ale są to wątki na które można przymknąć oko. W Crysisie 2 nie tylko cała intryga koncentruje się na naszym nanokombinezonie, także rozgrywka silnie opiera się o jego właściwości: tam gdzie zwykli ludzie padają jak muchy, „Blaszaki” (jak potocznie zwani są użytkownicy nanokombinezonów) robią różnicę. Będziemy skakać na dwa metry, biegać niczym Bolt, kopać jak tuzin koni, widzieć jak Predator, znikać lepiej niż Harry Potter, przyjmować ołów zdolny spenetrować czołg, a nawet miażdżyć wrogów z powietrza – słowem – Maksimum Mocy.
Pośród tych dobrodziejstw Nanokombinezon 2.0 potrafi do nas jeszcze gadać, a nawet sugerować taktyczne wyjście z sytuacji. Ma regenerujące się źródło zasilania, a jeśli nie daj Boże zasłabniemy, to potraktuje nas defibrylatorem. Użycie skafandra jest ponadto bardziej praktyczne niż ostatnio, nie musimy bowiem zaznaczać każdej „maksymalnej” mocy z osobna, gdyż proste przytrzymanie klawisza skoku wyrzuci nas wyżej, sprintu dalej, a rzutu – jak nietrudno się domyślić – pozwoli rzucić na większą odległość. Ponadto, dla niespełnionych futbolistów, ulice NJ zaśmieca sporo ciężkich i mobilnych przedmiotów, jak samochód czy budki Toi Toi – możemy je wykorzystać w walce, solidnie ciągnąc z doładowanego buta, tak, że Leonidas się chowa.
Nowe rozwiązanie korzystania z specjalnych umiejętności jest bardzo trafne, ale dziwnym trafem wiąże się z obniżeniem szybkości sprintu i wysokości skoku. Także głos nanoskafandru Proroka odpada w konkurencji z tym poprzednim, od Nomada. Z pocieszeniem przychodzi sam Alcatraz, którego umiejętności wślizgu, chwytania się krawędzi w skoku i „przyłożenia” z powietrza, przydają dodatkowych rumieńców rozgrywce. Nie bez znaczenia jest także sposobność „wykupienia” sobie kilku „DLC” dla skafandra, w postaci takich bajerów jak śledzenie ruchu pocisków, czy ścieżek patrolowych przeciwników. Małe rzeczy, a cieszą.
Wschód słońca
Struktura kampanii dla pojedynczego gracza w zamyśle opiera się o te same pryncypia, co w oryginale, ale dżungla Nowego Jorku to nie drzewa i krzewy a ulice i budynki, których nie da się już tak łatwo reprodukować w silniku gry, o ich niszczeniu także trzeba zapomnieć. Otwarte miasto, niczym w GTA czy Prototype, byłoby wspaniałe, ale przy okazji prawdopodobnie spowodowałoby 3ROD-a lub innego YLOD-a w konsoli, z powodu przeciążenia sprzętowego. Podążamy więc dość liniową ścieżką, bez bonusowych zadań, ale przy każdej konkretnej potyczce mamy co najmniej dwa wyjścia z sytuacji i to nie w postaci dylematu „bazuką go, czy granatem?”. Gracz otrzymuje zatem całkiem niezłe wrażenie swobody poczynań i zapomina, że wrócić choćby do poprzedniej lokacji nie sposób.
Dzieło Cryteka świetnie wypada w nowym dla siebie biznesie skryptowanych, „filmowych” wydarzeń specjalnych, z których słynie głównie seria Call of Duty. Takie atrakcje jak stanięcie twarzą w twarz z tsunamiczną falą zalewającą ulicę, czy wyskoczenie „pod pachę” z wrogim żołnierzem z okna wieżowca, to coś rzeczywiście nowego i robi doskonałe wrażenie.
[swf file="filmiki/crysis2-gameplay.flv" flashvars="width=550&&height=400"]
Poczucie uczestniczenia w czymś wielkim znakomicie potęguje muzyka. Choć Inon Zur nie powraca w roli kompozytora, to do skomponowania ścieżki przyczynił się nie kto inny jak Hans Zimmer, płodząc znakomity motyw przewodni i kilka jego wariacji. Pomagał także Lorne Balfe, znany z Modern Warfare 2 i crytekowski duet Boris Slavov oraz Tilman Sillescu, dając w całości znakomity, bardzo charakterystyczny efekt. Doszło do tego, że motyw przewodni CryNetu jest tak genialny, że góruje na szczycie mojej listy empetrójkowych przebojów. Sprawdźcie go koniecznie.
Grafika pierwszego Crysisa jest wręcz legendarna, wciąż używa się jej do benchmarkowania kart graficznych. Wiele recenzji oryginału wręcz zaczynało się od wrażeń z oprawy, takie robiła wrażenie! Silnik graficzny dwójki prochu nie wynajduje, jego moc została przystosowana do konsol i zrównana do najsłabszej, X360. Dało to dwa efekty: negatywny, czyli grafika nie olśni nas tak, jak kiedyś, oraz pozytywny, gdyż wymagania są przez to niższe a i optymalizacja lepsza. Na każdym poziomie detali gra wygląda świetnie (do tego stopnia, że różnice pomiędzy nimi są bardzo subtelne), a nawet ja, na swoim nienowym przecież sprzęcie (który ledwo ciągnie Hot Pursuit), mogłem cieszyć się grafiką na najwyższych ustawieniach. Criterion, DICE i inni „developerzy” mogą Crytekowi buty czyścić.
Oko w oko z falą powodziową
Multiplayer się już co prawda w „kryzysowej” serii pojawił, ale dopiero w tej odsłonie się do niego naprawdę przyłożono. Tryby gry nie ograniczają się do takiego zaawansowania jak „zabij wszystkich” i „zabij wszystkich, oprócz swoich”, mapy są przemyślanie zaprojektowane, a do dalszej gry skutecznie motywuje system rankingowy, perki, killstreaki i bonusy w stylu nieśmiertelników po zabitych oponentach. Nigdy nie byłem wielkim fanem gier wieloosobowych, ale Crysis 2 zdołał przyciągnąć mnie na kilka dobrych godzin. I zapewne przyciągnąłby na więcej, gdyby nie masa tytułów do ogrania, jaka wciąż na mnie czeka ; )
Crysis 2 jest grą kompletną. Ma wciągającą i zaskakującą fabułę, wygląda i brzmi fantastycznie oraz gra się świetnie, wprowadzając sporo taktyki w świat opanowany przez technikę „run & gun” (& Call of Duty). Choć grafika nie jest już przełomowa, a nanoskafander taki nowatorski jak go chwalą, to chyba nie są to wady, które wpływają poważnie na jakość odbioru. Większych wad w Crysisie 2 nie znajduję, ta gra to wizytówka naszej branży. Niemcy pokazują światu jak się robi gry wideo, nawet liczba dodatków w menu przypomina te z japońskich tworów pokroju Metal Gear Solid. Brawo Crytek, naprawdę się postaraliście.  
 
Premiera - 25 marca 2011
Platforma - PC (testowana), X360 & PS3  
Developer - Crytek
Gatunek - FPS
Czas gry - 10h ++
Średnia ocen w sieci - 86 %
Moja ocena - 8,5/10
 
Trochę niecodzienny trailer

 
Dopisek wicia: No i moja próba eksploracji dachów Nowego Jorku
[swf file="filmiki/crysis2-ups.flv" flashvars="width=550&&height=400"]