Czarna Pantera

Chociaż mało kto wie, który to już z kolei film o komiksowym superbohaterze w ostatnim czasie, kulturowo jest cokolwiek monotematycznie i biało. Choćby dlatego Czarna Pantera robi teraz takie zamieszanie, ale na szczęście afrykańska etniczność to nie jedyne co ma do zaoferowania.  
 
Przyznaję, że trochę łudziłem się, że "Pantera" wytarga mnie za bile - z głównym bohaterem spotkałem się już bez większych emocji przy okazji Civil War, a całość to przecież kolejny przyjazny rodzinie film Disneya, niechybnie czerpiący z bezpiecznej formuły poprzednich produkcji. Z drugiej jednak strony za sterami stanął Ryan Coogler, który potrafił z siódmego filmu o Rockym zrobić coś naprawdę ekscytującego, a trailery bardzo udanie zachęcały do seansu.
Jeszcze przed pójściem do kina obawy znalazły pierwsze potwierdzenie kiedy ujawniono ścieżkę dźwiękową: żadnego "wychodzenia z cienia" Run The Jewels, tylko Kendrick Lamar i jego klimat "suki, co to zabija wibracje" (;D). Brzmienie tym samym przypomina głównie trap, a reszta muzyki, tej przygotowanej przez kompozytora, tradycyjnie dla Marvela większego wrażenia nie robi.

Fabuła i tytułowy bohater mają niewątpliwie dużo potencjału, w końcu nie chodzi tu o jakiegoś gościa oblanego radioaktywną substancją, który postanowił potem walczyć z przestępczością w Nowym Jorku. Ba, Stany Zjednoczone nie grają nawet większej roli i zamiast nich na tapecie jest fikcyjne afrykańskie państwo Wakanda, które dzięki bogatym złożom niezwykłego metalu wibranium było zdolne w tajemnicy rozwinąć się znacząco bardziej niż reszta świata.
Trzeba przyznać, że osadzenie akcji w sercu Afryki ze zmarginalizowaną i zacofaną białą rasą to odważny pomysł, a w Hollywood wręcz niesłychany – zwłaszcza, że za amerykańskie pieniądze. Gil Scott-Heron, nawijający w głównym zwiastunie o rewolucji, to naprawdę nie przesada, a najważniejsze w całym tym przedsięwzięciu jest, że dostaliśmy naprawdę dobry film. Z problemami, ale dobry. Chińczycy, którzy też ostatnio pojechali do Afryki kręcić ruchome obrazki, wypuścili propagandową wydmuszkę kaskaderską spóźnioną o jakieś 30 lat: Wolf Warrior 2.    
Ciekaw jestem co o portrecie Czarnego Kontynentu myślą sami Afrykanie, bo z jednej strony „Pantera” wydaje się dumnie prezentować plemienne dziedzictwo, ale zarazem Wakanda to państwo kosmicznych murzynów – wygląda, jakby głęboka rewolucja technologiczna wydarzyła się tam przez weekend, a kultura pozostała nietknięta (w dodatku posiadanie dostępu do supertwardego metalu umożliwia najwyraźniej także rozwijanie zaawansowanej nanotechnologii). To tak jakby teraz w Europie ludzie jeździli na mechanicznych koniach, pojedynkowali się na lance świetlne i zwracali do siebie „waszmość panie”.

Pierwowzór filmu to komiks z lat 60., co więcej napisany przez dwóch białych Żydów, więc może nie będę  się już wdawał w niuanse rozwojowe Wakandy. Ważniejszym jest, że taki materiał Ryan Coogler w swoim scenariuszu przekuł na coś ugruntowanego w rzeczywistości, w dodatku bardzo aktualnego – jakie podejście do imigracji i polityki zagranicznej jest właściwe w obliczu posiadania dominacji ekonomicznej i technologicznej? A mistrzowie zła tylko czekają, aby wykorzystać zamieszanie. Zwłaszcza tacy jak Kilmonger, pragnący urzeczywistnić mokry sen prawdziwych Czarnych Panter i uzbroić „czarnych braci” w narzędzia potrzebne do zrzucenia jarzma białych ciemiężycieli.
„Cholera, zrobiło się poważnie!” – tak musiał pomyśleć Kevin Feige i reszta producentów Marvela. „O mało nie doszło do jakichś dramatycznych konsekwencji! Mało brakowało, a zginąłby jakiś bohater, w końcu mamy ich w sumie tylko siedemset!”
O dziwo śmieszkowanie, inny ze stałych punktów Marvelowskiej Recepty na Sukces, istotnie ograniczono w Czarnej Panterze, zwłaszcza w porównaniu z ostatnimi kilkoma filmami. Dzięki temu dramatyczne sceny miały często szansę faktycznie do mnie dotrzeć, miejscami czułem wręcz, że oczy zaczynają mi wilgotnieć. Ale wtedy dawał o sobie znać brak ciężaru konsekwencji wydarzeń na ekranie. Nie pomogła także niska kategoria wiekowa, dzięki której nawet poderżnięcie gardła wyszło na czystą i „przyjazną rodzinie” egzekucję.

W obliczu tonalnych problemów i kastracji scenariusza, o „sprzedaniu” fabuły zadecydowała świetna gra plejady czarnoskórych gwiazd i geniusz Andy'ego Serkisa. Co prawda odrobinę popłynął w stronę psychiatryka w swoim portrecie Klawa, ale i tak kradł każdą scenę ze swoim udziałem, pięknie wbijając się w top szwarccharakterów Marvela. Killmonger Michaela B. Jordana, także pokazał się jako ciekawa postać, zwłaszcza, że z jego planem wielu czarnych na pewno sympatyzuje. Szkoda jedynie, że na dobrą sprawę panowie rywalizują o jedno miejsce w filmie zamiast się uzupełniać.
Ciężar decyzyjny i dramaty egzystencjonalne superbohaterów to piękna sprawa, ale niezależnie od tego, czy każdy fan jest małym chłopcem w istocie, czy tylko w głębi serca, najbardziej liczy się superwpierdol spuszczany złym kolesiom. Czadowy kostium jest, kocie ruchy też, ale obijanie mordy… już tylko niezłe. Najlepszą akcję z pościgiem samochodowym w Korei można było zobaczyć na zwiastunie, natomiast reszta szału nie robi, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, jak Coogler wykazał się przy Creedzie. No i fakt, że często oglądamy czarnego typa na ciemnym, nocnym tle, generuje problemy z czytelnością scen.   
Wszyscy szukający czegoś „chłodnego” niech wracają do Blade'a - prawdziwi afroamerykanie nie są tacy ekscytujący jak ci nowi, amerykańscy. Z kolei jeśli ktoś ma ochotę na dobry film, kierunek polecam odwrotny. Przy okazji Hollywood może zobaczy, że warto stawiać na czarną kulturę.

Ocena: (trochę na wyrost) 8/10
 
Teaser („Step into the spotlight, woo!”)

 


Czarna Pantera
Tagi: