F.E.A.R. 3

F.E.A.R. 3

Pierwszy F.E.A.R. z 2005 roku to była prawdziwa bomba – świetny klimat, kapitalna sztuczna inteligencja i widowiskowość starć, która do dziś budzi podziw. Ostatnimi czasy chłopaki z Monolith nieco rozmienili swoją markę na drobne, a stery nad trzecią odsłoną oddali nawet komu innemu – Day 1 Studios. Bogu dzięki wszystkie materiały wskazywały, że nowy developer podszedł do sprawy poważnie, nadając serii ciekawy kierunek, więc nie omieszkałem sprawdzić gry zaraz po premierze…

Trzeci F.E.A.R. wprowadza nas do swojego świata w dziewięć miesięcy po wydarzeniach z dwójki. Alma jest obecnie w ciąży, a jedyną osobą, która może ją powstrzymać (bądź też się do niej przyłączyć), jest Point Man, anonimowy bohater z pierwszej części. Armacham, firma stojąca za całym złem w uniwersum Feara, trzyma go w swoim więzieniu, ale z nieoczekiwaną pomocą przychodzi nie kto inny, jak jego brat-nieboszczyk, Fettel. Kanibalistycznemu superłotrowi ze śmiercią prawdziwie do twarzy, gdyż po drugiej stronie obudził się w formie istoty nadprzyrodzonej, przypominającej ducha. 

Las w kanałach W prezentacji dzieła Day 1 Studios rzucają się przede wszystkim w oczy animowane przerywniki filmowe, zupełna  nowość w cyklu. Czuwał nad nimi słynny reżyser John Carpenter, co widać jak na dłoni - ogląda się je bardzo przyjemnie, w czym niewątpliwie jest także zasługa świetnej roboty aktorów podkładających głosy. Dzięki nowej perspektywie poznajemy twarz Point Mana, ale niestety ta nie otwiera mu się ani razu – kodeks twardego skurczybyka mu zabrania. Choć może to być wina trudnego dzieciństwa. Rozmową zabawia za to Fettel i to w zasadzie w zupełności wystarcza.  

Pomimo iż tryb kooperacji jest modny w dzisiejszych czasach, rzadko kiedy widujemy grę, która w całości się na nim opiera. Jedną z nich jest właśnie F.E.A.R. 3, choć świetny także w pojedynkę, lśniący dopiero w grze z partnerem. W przeciwieństwie do większości gier z co-opem, wybór postaci (w tym wypadku jednego z braci) nie jest obojętny – ich możliwości są znacząco odmienne. Point Mana znamy już doskonale – nadludzki refleks (objawiający się w formie spowolnienia czasu) umożliwia mu pozbywanie się wrogów z niewyobrażalną skutecznością. Fettel natomiast, w swojej paranormalnej formie, może przejmować kontrolę nad ciałami przeciwników i siać nieoczekiwany zamęt w szeregach wroga.

Klimatyczna miejscówka

Gra każdą z postaci jest tak samo fajna, a bracia wzajemnie się uzupełniają. Jeśli wróg uparcie chowa się za osłoną, Fettel może podnieść go swoją psychiczną mocą, a wtedy staje się łatwym celem dla Point Mana. Z drugiej jednak strony, pierwszy ma ograniczony czas pobytu w zdobycznym ciele (te w końcu pęka), a w swej „naturalnej” formie jest bezbronny wobec więcej niż jednego przeciwnika – wtedy wkracza drugi, osłaniając towarzysza ogniem.

Wśród rodzeństwa panuje dodatkowo nieustanna rywalizacja, gdyż za akcje, nawet tak błahe jak podnoszenie amunicji, przyznawane są punkty, skrupulatnie zliczane na koniec każdego poziomu. Punkty te zwiększają rangę naszej postaci, odblokowują też umiejętności specjalne i dodatkowy ekwipunek. Co więcej, gracz z największą ilością oczek po całej kampanii współpracy determinuje zakończenie opowieści. Te niestety następuje szybko, bo już po około pięciu godzinach – na szczęście powód, by przejść kampanię ponownie jest co najmniej jeden – gra drugą postacią.

Za scenariusz gry odpowiada Steve Niles, autor mrocznych komiksów. Gość zapewne stanął przed poważnym problemem pod tytułem „jak sprawić, by gra przeznaczona do co-opa straszyła?” I to tak, by game designer nie pożarł nas żywcem? Trzeba iść na kompromisy i w rezultacie F.E.A.R. 3 nie straszy, co najwyżej sprawi, że podskoczymy kilka razy na krześle. Ma za to bardzo fajny klimat, pełny klimatycznych miejscówek i pomylonych ludzi bazgrających po ścianach własną krwią. Atrakcyjne filtry graficzne gęsto spowijają obraz, a oprawa jest zasadniczo mroczniejsza niż w dwójce, co wypada zaliczyć na plus. Żal tylko braku intensywnej gry światła i cienia z oryginału i rozczarowującego, ostatniego poziomu.

Dziura w niebie

Arsenał, po raz kolejny w serii, przeszedł face lifting. Nie mam pojęcia dlaczego każdy „Strach” ma inaczej wyglądający sprzęt, pomimo że akcja toczy się na tym samym podwórku, w podobnym czasie. Na szczęście bez względu na wygląd bronie wciąż mają kopa, brzmią wzorowo i dają wiele satysfakcji z użycia. Weterani serii westchną jednak za dawnym, strzelającym gwoździami Penetratorem czy Beam Rifle, zostawiającym po wystrzale sam kościec denata. Absencję zaliczają także miotacz płomieni, lasera i automatyczna strzelba. Dostaliśmy za to działko mikrofalowe, ale marne to pocieszenie, gdyż te, choć miłe dla oka w działaniu, jest rażąco nieskuteczne.

Mięso i haki Kolejnym elementem, który przywodzi nostalgię za oryginalnym Fearem, to walka wręcz i kapitalne animacje szkieletowe. 2005! To były czasy! Przyszło Monolith i rzekło, że uderzenia kolbą są dla lamusów – prawdziwi mężczyźni pozbywają się wrogów obrotowym na twarz. W zwolnionym tempie. W trzecim Fearze niestety nie zadziwimy już nikogo butem w twarzy z półobrotu , ale Bogu dzięki zwykły wykop pozostał, a i wślizg się znajdzie. Dla leniwych przygotowano opcję kosy pod żebro.

Kopanie przeciwników po ryju, choć wciąż daje sporo frajdy, to czuć, że coś jest z nim nie halo. W tym celu  zainstalowałem pierwszego Feara i po krótkiej chwili wszystko stało się jasne – wrogowie precyzyjniej reagowali na ciosy, a ich ciało boleśnie wyginało się od otrzymanego szlaga - ku uciesze gracza-sadysty, ma się rozumieć. Przy okazji zauważyłem, iż sześć lat temu przeciwnicy w ogóle umierali zabawniej, fikając efektownie, często opróżniając przy tym resztki magazynku.

Kolejnym zarzutem wobec nowego „Strachu” jest brak replikantów. Jasne, różnica jest cokolwiek kosmetyczna w porównaniu ze zwykłymi ludźmi, ale mieli oni bardzo charakterystyczne głosy, które kapitalnie brzmiały na zwolnionym tempie. No i ubić takich drani chciało się bardziej. Innym szczegółem składającym się na całość była swego rodzaju amunicja smugowa wykorzystywana w broniach, a przedobrzone snopy iskier rewelacyjnie komponowały się z wirującym stłuczonym szkłem i kurzem, rozświetlając mroczne pomieszczenia. Totalna zadyma. Szkoda, że zapomniano o tym już w Project Origin.

Hedong

W multi twórcy po raz kolejny postąpili nietuzinkowo, eliminując tradycyjne „mecze śmierci” czy inne „zbieranie flag”. Rozgrywka wieloosobowa, podobnie jak singiel, kładzie nacisk na kooperację, sporadycznie przeplatając ją rywalizacją – wszystko w ramach maksymalnie czterech graczy. Pochwalam inwencję twórców, każdy tryb jest bardzo grywalny i dopracowany, ale prostacki Deathmatch zawsze jest mile widziany. Pod jego nieobecność największą popularnością cieszą się dwa najlepsze, spośród czterech opcji rogrywki: „Skurcze” oraz „Spierdalać”. Pierwszy to wariacja na temat klasycznej już obrony przed falami wrogów, a drugi każde nam dosłownie spierdalać przed goniącą nas „mgłą wojny”, eksterminując naprędce wrogów. Znamiennym jest, że jeśli ktokolwiek zostanie z tyłu, to przegrywają wszyscy.

Problem z kooperacyjnymi grami jest taki, że do tej całej kooperacji potrzebujemy ludzi – sztuk co najmniej jeden. Niestety F.E.A.R 3 w wersji na PC na dzień dzisiejszy może poszczycić się liczbą jedynie 500 regularnych graczy, z czego najwyraźniej nie wszyscy grają online, gdyż poczekalnie świecą pustkami - szczególnie znalezienie dobrego partnera do co-opa jest trudne. Naprawdę szkoda, gdyż mamy do czynienia z naprawdę udaną i dopracowaną grą. Śmiga na najwyższych detalach nawet na starszym pececie i nie ma bugów. Ma nawet system osłon i wielkie mechy, o czym wcześniej nie udało mi się wspomnieć.

Rekomenduję najnowszego Feara każdemu fanowi strzelania. Choć co-op wymógł rezygnację z wielu „straszaków”, a scenariusz nieco rozczarowuje, to precyzja techniczna, miła dla oka grafika, wymagający przeciwnicy, brutalność oraz kung-fu robią swoje. To gra, która w kooperacji stanowi absolutną czołówkę na całym rynku gier, a i amatorzy samotnego strzelania będą bawić się bardzo dobrze. Grzech przegapić taką okazję!

 

Premiera - 24 czerwca 2011
Platforma - PC (testowana), X360 & PS3 
Developer - Day 1 Studios
Gatunek - FPS
Czas gry - 10h ++
Średnia ocen w sieci - 75 %

Podziękowania dla PAINa za udostępnienie gry do recenzji :)

 

Kapitalny trailer na premierę

">http://www.youtube.com/watch?v=DojXhU-r97A]

Aktorski zwiastun spod ręki Carpentera

">http://www.youtube.com/watch?v=9M0aAwNVFRI]

 

GIerary hir Propsy dla tłumaczeniowców Cenegi - skontrowali "ALE URWAŁ!" CD Projektu achievementem "Gierary hir" =D