Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Njusy z G4G.pl / [G4G.pl] ->Atomic Blonde
« Ostatnia wiadomość wysłana przez G4G-Automat dnia Dzisiaj o 00:15:15 »
Atomic Blonde

Atomic Blonde

Co jakiś czas pojawia się film akcji, który udowadnia, że kobieta też “może”. Na ekranie oglądaliśmy nawet zawodniczki MMA (Rousey, Carano), ale obyło się bez fajerwerków. Charlize Theron w Atomic Blonde udowadnia nie tylko że “może”, ale i łoi tyłki mocniej niż niejeden męski gwiazdor kina kopanego.

 

Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?

Atomowa Blondyna

Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że nieświeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue MondayKaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.

Halt!

Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.

This. Is. SPARTA!Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer




 


Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?

Atomowa Blondyna

Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że mało świeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue MondayKaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.

Halt!

Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.

This. Is. SPARTA!Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer




 


Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?

Atomowa Blondyna

Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że mało świeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue Monday, Kaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.

Halt!

Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.

This. Is. SPARTA!Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer




 

-->



Source: Atomic Blonde
2
Njusy z G4G.pl / [G4G.pl] ->Retrogranie: Oni
« Ostatnia wiadomość wysłana przez G4G-Automat dnia Dzisiaj o 00:15:15 »
Retrogranie: Oni

Retrogranie: Oni

Miłośnicy gier akcji w mangowej stylistyce nie mają specjalnie czego szukać poza Japonią, ale premiera amerykańskiej adaptacji kultowego Ghost in the Shell przypomniała mi, że już kiedyś Zachód próbował, w dodatku z całkiem niezłym skutkiem – Oni.

 

Wspomnienia: wysoki poziom trudności, unikalna mangowa stylistyka, fajna bohaterka, świetny motyw przewodni, oryginalna rozgrywka.

It's over nine thousand!Rzeczywistość: Widzicie na okładce te kozackie giwery, które w pełnej gotowości trzyma zadziorna, fioletowowłosa szprycha? Żadna z nich nie pojawia się w grze, a i polygonowej panience daleko jest do symbolu seksu. Wciśnięcie “nowej gry” zmusza nas do przejścia lamerskiego tutoriala, a potem w pierwszej misji serwuje jakiś magazyn, gdzie poznajemy wszystkie odcienie koloru szarego, a także bolesne dowody na “growość” Oni - poza parkowaniem prawego buta na mordach złych kolesi i dziurawienia ich czasem kulami, czas spędza się na poszukiwaniu paneli odblokowujących drzwi i przeklinaniu irytujących pomysłów projektantów.   

Z początku przynajmniej fabuła jawi się interesująco, ale to tylko pozory, bo niedługo po przejściu będziecie mieli problem z opowiedzeniem znajomym o co chodziło - coś jak ja wam teraz. Dystopijna przyszłość, androidy, konspiracja. Tyle w zasadzie musicie wiedzieć, może poza tym, że ta babka z okładki to Konoko, agentka anty-terrorystyczna.

W zasadzie Oni rzuciłbym w diabły już po pierwszej, krótkiej retro-randce na PlayStation 2. Dziwne sterowanie, cienka grafika i słaby początek zrobiły swoje. To jednak istotna pozycja z mojego dzieciństwa; pamiętam, kiedy w 2001 roku widywałem w pisamch te wszystkie kozackie anime-grafiki, a w pokoju wisiał plakat. Pamiętam, kiedy sam grałem, a spod palców wychodziły widowiskowe ciosy. Pamiętam wreszczcie, że singla nigdy nie skończyłem, ponieważ był za trudny. Pora w końcu pokazać swojemu młodszemu ja, jak się gra.

Double Spin Kick!

To całe pokazywanie przebiegło inaczej niż sobie wyobrażałem: wśród wielu przekleństw, zwątpienia i frustracji. Krzemowe półgłówki w cyfrowym gang bangu poniewierały moją anime fajterkę raz po razie, dotkliwie obnażając braki w technice walki. Potraktowałem jednak tę sytuację jak wyzwanie, przeanalizowałem swoje błędy i wkrótce z ofiary gwałtu stałem się bezwzględnym oprawcą kolejnych zbirów. Z zaskoczeniem odkryłem, że Oni sprawia mi przyjemność, a wjazd napisów końcowych pozostawił mnie wręcz niezaspokojonym.  

Oczywiście moja droga do przyjemności wcale nie musiała być taka… bolesna. Tutorial dla debili można było wzbogacić o kompleksowy trening technik walki wręcz, a punkty kontrolne rozstawić nieco gęściej - testowanie nowych ruchów tylko po to, żeby cofnąć się o kwadrans i przed jakąś trudną sekwencję potrafi skutecznie zniechęcić. A jeśli nawet nie, to platforming bez wątpienia zdoła, kiedy trzeba się mocować z nieprecyzyjnym skakaniem i brakiem możliwości chwytania krawędzi.

Broń palna, tak pięknie eksponowana na okładce, początkowo też jest w tej grze głównie po to, żeby cię wkurwić. Być może dlatego, że trywialnym jest pokonać największego nawet kozaka sztuk walki, jeśli ten przed wyprowadzeniem uderzenia musi uchylić się gradowi kul - zastrzelić dziada i po sprawie. Enter The Matrix niejako ominęło ten problem dzięki bullet time’owi, natomiast w Oni większość arsenału zaprojektowano tak, by osoba po bolesnym końcu lufy miała szansę na uniknięcie ognia. Czasem nawet nie musi, bo strzelając z większych broni dość łatwo wysadzić się w powietrze.

Poza wrażeniem, że krzywa poziomu trudności przypomina kurs akcji Apple’a po premierze iPhone’a, ma się poczucie, że spece od poziomów byli w depresji. Wielkie i przeraźliwie szare lokacje, które swoją pustką i prostotą wydają się krzyczeć “jestem poziomem z gry wideo!” - najlepiej wtedy, kiedy jako Konoko spadamy w ramiona śmierci z dziesiątek kładek i krawędzi bez barierek. Fakt, że nad projektem lokacji pracowali profesjonalni architekci brzmi jak ponury żart, podobnie zresztą jak ilustracja muzyczna, częściej dopełniająca samobójczego klimatu ponurym ambientem, aniżeli pompująca techno-bity do obijania mordy.

Smak Konoko

Grafika nawet te 16 lat temu nie robila większego wrażenia. Co ciekawe, czytając wywiady z twórcami, można to chyba zrzucić na niezbyt imponujące możliwości iMaców końca lat 90. Tak jest, dobrze przeczytaliście - pomimo aparycji na wskroś konsolowej, Oni było projektowane z myślą o sprzęcie Apple’a, a w tamtym czasie Steve’owi Jobsowi zależało jeszcze na grach wideo. To takie fascynujące, że Bungie, firma znana obecnie ze strzelanin, w poprzednim stuleciu słynęła ze strategii, a na Macworld w 2000 r. reklamowała Halo jako przełomowego RTS-a. Trzeba jednak zaznaczyć, że Oni powstało w świeżo sformowanym, siostrzanym studiu w Kaliforni - Bungie West.   

Wyobraźcie sobie, że Oni to gra tak bardzo komputerowa, że wsparcia dla pada nie ma wcale, a jedyna i słuszna konfiguracja klawiszy modyfikowalna jest poprzez… plik tekstowy schowany w folderze z grą. W tamtym okresie nawet najpodlejsze porty z konsol były pod tym względem wygodniejsze. 

Niedoświadczenie ekipy z zachodniego wybrzeża USA zaprocentowało wieloma problemami w czasie produkcji. W finalnej wersji nie pojawiło się sporo z prezentowanych w zapowiedziach elementów, od rzeczy tak błahych jak bronie, po całe tryby rozgrywki. Pokazy multiplayera nakręciły całkiem sporo osób i nic dziwnego - wobec miodnego systemu walki wyglądało to na doskonały pomysł. Koniec końców problemy ze stabilnością wyeliminowały okazję to oklepania mordy znajomym. 

But na mordęCzy było warto? Malutko jest stylistyki mangowej w zachodnich grach, a szkoda, bo dostajemy cool otoczkę bez ciężkostrawnej japońskiej dziwności. Oni było tak blisko zostania wielkim dziełem, że aż boli. Nie udało się, ale sprzedaż wypadła nieźle, a sequel wszedł do produkcji... jeszcze przed premierą oryginału! Take-Two miało najwyraźniej sporo wiary w markę, ale skończyło się na tym, że Bungie West zamknięto, "dwójkę” dość szybko skasowano, a do gry wkroczył Microsoft i jedyne, czym się interesowało Bungie przez najbliższą dekadę, to Halo. Pozostała gorycz, bowiem połączenie bijatyki ze strzelaniną to naprawdę miodny koncept, a Oni potrafi go godnie zaprezentować, jeśli dać jej szansę. Ja dałem i wam polecam to samo. 

Zakup i uruchomienie: Choć Bungie szybko zyskało status kultowego developera, a konsolową wersję spłodził Rockstar, Oni jest nie do kupienia w żadnej istniejącej reedycji czy formie cyfrowej. Problemy są także z uruchomieniem na nowym sprzęcie, chyba że jakimś cudem wciąż jesteście wierni Windowsowi XP. Z pomocą przychodzi fanowska nakładka Anniversary, umożliwiająca odpalenie dzieła Bungie w komforcie płynnej animacji i wysokiej rozdzielczości. W opcji są też mody różnej maści - ja od razu zainwestowałem w graficzne aktualizacje tekstur i modeli. Jeśli idzie o sam zakup, to na Allegro konsolówkę pochwytacie za grosze. Z komputerową wersją jest już naprawdę różnie, więc możliwe, że będziecie musieli poszperać na eBayu. Ja się szarpnąłem na amerykańskie wydawnictwo, bo spójżcie tylko na to cudowne, opalizujące pudło <3

Oni Box Przód Oni Box Tył Oni Box Zakładka

 

Ocena na dziś: (naciągane) 7/10

 

Platforma - PC, PS2, Mac

Premiera - 26 stycznia 2001

Gatunek - akcja TPP

Średnia ocen w sieci - 73%

Zagrane po raz pierwszy - 2001 r.

Odświeżone - maj 2017 r.

Czas gry - 10 godz.+

 

Zwiastun




 



Source: Retrogranie: Oni
3
Njusy z G4G.pl / [G4G.pl] ->Czarna Pantera
« Ostatnia wiadomość wysłana przez G4G-Automat dnia 16 Październik , 2018, 15:36:30 pm »
Czarna Pantera

Czarna Pantera

Chociaż mało kto wie, który to już z kolei film o komiksowym superbohaterze w ostatnim czasie, kulturowo jest cokolwiek monotematycznie i biało. Choćby dlatego Czarna Pantera robi teraz takie zamieszanie, ale na szczęście afrykańska etniczność to nie jedyne co ma do zaoferowania.  

 

Przyznaję, że trochę łudziłem się, że "Pantera" wytarga mnie za bile - z głównym bohaterem spotkałem się już bez większych emocji przy okazji Civil War, a całość to przecież kolejny przyjazny rodzinie film Disneya, niechybnie czerpiący z bezpiecznej formuły poprzednich produkcji. Z drugiej jednak strony za sterami stanął Ryan Coogler, który potrafił z siódmego filmu o Rockym zrobić coś naprawdę ekscytującego, a trailery bardzo udanie zachęcały do seansu.

Jeszcze przed pójściem do kina obawy znalazły pierwsze potwierdzenie kiedy ujawniono ścieżkę dźwiękową: żadnego "wychodzenia z cienia" Run The Jewels, tylko Kendrick Lamar i jego klimat "suki, co to zabija wibracje" (;D). Brzmienie tym samym przypomina głównie trap, a reszta muzyki, tej przygotowanej przez kompozytora, tradycyjnie dla Marvela większego wrażenia nie robi.


Fabuła i tytułowy bohater mają niewątpliwie dużo potencjału, w końcu nie chodzi tu o jakiegoś gościa oblanego radioaktywną substancją, który postanowił potem walczyć z przestępczością w Nowym Jorku. Ba, Stany Zjednoczone nie grają nawet większej roli i zamiast nich na tapecie jest fikcyjne afrykańskie państwo Wakanda, które dzięki bogatym złożom niezwykłego metalu wibranium było zdolne w tajemnicy rozwinąć się znacząco bardziej niż reszta świata.

Trzeba przyznać, że osadzenie akcji w sercu Afryki ze zmarginalizowaną i zacofaną białą rasą to odważny pomysł, a w Hollywood wręcz niesłychany – zwłaszcza, że za amerykańskie pieniądze. Gil Scott-Heron, nawijający w głównym zwiastunie o rewolucji, to naprawdę nie przesada, a najważniejsze w całym tym przedsięwzięciu jest, że dostaliśmy naprawdę dobry film. Z problemami, ale dobry. Chińczycy, którzy też ostatnio pojechali do Afryki kręcić ruchome obrazki, wypuścili propagandową wydmuszkę kaskaderską spóźnioną o jakieś 30 lat: Wolf Warrior 2.    

Ciekaw jestem co o portrecie Czarnego Kontynentu myślą sami Afrykanie, bo z jednej strony „Pantera” wydaje się dumnie prezentować plemienne dziedzictwo, ale zarazem Wakanda to państwo kosmicznych murzynów – wygląda, jakby głęboka rewolucja technologiczna wydarzyła się tam przez weekend, a kultura pozostała nietknięta (w dodatku posiadanie dostępu do supertwardego metalu umożliwia najwyraźniej także rozwijanie zaawansowanej nanotechnologii). To tak jakby teraz w Europie ludzie jeździli na mechanicznych koniach, pojedynkowali się na lance świetlne i zwracali do siebie „waszmość panie”.


Pierwowzór filmu to komiks z lat 60., co więcej napisany przez dwóch białych Żydów, więc może nie będę  się już wdawał w niuanse rozwojowe Wakandy. Ważniejszym jest, że taki materiał Ryan Coogler w swoim scenariuszu przekuł na coś ugruntowanego w rzeczywistości, w dodatku bardzo aktualnego – jakie podejście do imigracji i polityki zagranicznej jest właściwe w obliczu posiadania dominacji ekonomicznej i technologicznej? A mistrzowie zła tylko czekają, aby wykorzystać zamieszanie. Zwłaszcza tacy jak Kilmonger, pragnący urzeczywistnić mokry sen prawdziwych Czarnych Panter i uzbroić „czarnych braci” w narzędzia potrzebne do zrzucenia jarzma białych ciemiężycieli.

„Cholera, zrobiło się poważnie!” – tak musiał pomyśleć Kevin Feige i reszta producentów Marvela. „O mało nie doszło do jakichś dramatycznych konsekwencji! Mało brakowało, a zginąłby jakiś bohater, w końcu mamy ich w sumie tylko siedemset!”

O dziwo śmieszkowanie, inny ze stałych punktów Marvelowskiej Recepty na Sukces, istotnie ograniczono w Czarnej Panterze, zwłaszcza w porównaniu z ostatnimi kilkoma filmami. Dzięki temu dramatyczne sceny miały często szansę faktycznie do mnie dotrzeć, miejscami czułem wręcz, że oczy zaczynają mi wilgotnieć. Ale wtedy dawał o sobie znać brak ciężaru konsekwencji wydarzeń na ekranie. Nie pomogła także niska kategoria wiekowa, dzięki której nawet poderżnięcie gardła wyszło na czystą i „przyjazną rodzinie” egzekucję.


W obliczu tonalnych problemów i kastracji scenariusza, o „sprzedaniu” fabuły zadecydowała świetna gra plejady czarnoskórych gwiazd i geniusz Andy'ego Serkisa. Co prawda odrobinę popłynął w stronę psychiatryka w swoim portrecie Klawa, ale i tak kradł każdą scenę ze swoim udziałem, pięknie wbijając się w top szwarccharakterów Marvela. Killmonger Michaela B. Jordana, także pokazał się jako ciekawa postać, zwłaszcza, że z jego planem wielu czarnych na pewno sympatyzuje. Szkoda jedynie, że na dobrą sprawę panowie rywalizują o jedno miejsce w filmie zamiast się uzupełniać.

Ciężar decyzyjny i dramaty egzystencjonalne superbohaterów to piękna sprawa, ale niezależnie od tego, czy każdy fan jest małym chłopcem w istocie, czy tylko w głębi serca, najbardziej liczy się superwpierdol spuszczany złym kolesiom. Czadowy kostium jest, kocie ruchy też, ale obijanie mordy… już tylko niezłe. Najlepszą akcję z pościgiem samochodowym w Korei można było zobaczyć na zwiastunie, natomiast reszta szału nie robi, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, jak Coogler wykazał się przy Creedzie. No i fakt, że często oglądamy czarnego typa na ciemnym, nocnym tle, generuje problemy z czytelnością scen.   

Wszyscy szukający czegoś „chłodnego” niech wracają do Blade'a - prawdziwi afroamerykanie nie są tacy ekscytujący jak ci nowi, amerykańscy. Z kolei jeśli ktoś ma ochotę na dobry film, kierunek polecam odwrotny. Przy okazji Hollywood może zobaczy, że warto stawiać na czarną kulturę.


Ocena: (trochę na wyrost) 8/10

 

Teaser („Step into the spotlight, woo!”)




 



Source: Czarna Pantera
4
Rozmowy Off-Topik / Odp: Witam
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Tiomer dnia 16 Październik , 2018, 14:54:34 pm »
Cześć Wszystkim :)
5
Njusy z G4G.pl / [G4G.pl] ->Atomic Blonde
« Ostatnia wiadomość wysłana przez G4G-Automat dnia 16 Październik , 2018, 12:13:21 pm »
Atomic Blonde

Atomic Blonde

Co jakiś czas pojawia się film akcji, który udowadnia, że kobieta też “może”. Na ekranie oglądaliśmy nawet zawodniczki MMA (Rousey, Carano), ale obyło się bez fajerwerków. Charlize Theron w Atomic Blonde udowadnia nie tylko że “może”, ale i łoi tyłki mocniej niż niejeden męski gwiazdor kina kopanego.

 

Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?


Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że nieświeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue MondayKaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.


Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.


Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer




 


Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?


Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że mało świeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue MondayKaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.


Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.


Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer




 


Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?


Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że mało świeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue Monday, Kaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.


Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.


Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer




 

-->



Source: Atomic Blonde
6
Njusy z G4G.pl / [G4G.pl] ->Retrogranie: Oni
« Ostatnia wiadomość wysłana przez G4G-Automat dnia 16 Październik , 2018, 12:13:21 pm »
Retrogranie: Oni

Retrogranie: Oni

Miłośnicy gier akcji w mangowej stylistyce nie mają specjalnie czego szukać poza Japonią, ale premiera amerykańskiej adaptacji kultowego Ghost in the Shell przypomniała mi, że już kiedyś Zachód próbował, w dodatku z całkiem niezłym skutkiem – Oni.

 

Wspomnienia: wysoki poziom trudności, unikalna mangowa stylistyka, fajna bohaterka, świetny motyw przewodni, oryginalna rozgrywka.


Rzeczywistość: Widzicie na okładce te kozackie giwery, które w pełnej gotowości trzyma zadziorna, fioletowowłosa szprycha? Żadna z nich nie pojawia się w grze, a i polygonowej panience daleko jest do symbolu seksu. Wciśnięcie “nowej gry” zmusza nas do przejścia lamerskiego tutoriala, a potem w pierwszej misji serwuje jakiś magazyn, gdzie poznajemy wszystkie odcienie koloru szarego, a także bolesne dowody na “growość” Oni - poza parkowaniem prawego buta na mordach złych kolesi i dziurawienia ich czasem kulami, czas spędza się na poszukiwaniu paneli odblokowujących drzwi i przeklinaniu irytujących pomysłów projektantów.   

Z początku przynajmniej fabuła jawi się interesująco, ale to tylko pozory, bo niedługo po przejściu będziecie mieli problem z opowiedzeniem znajomym o co chodziło - coś jak ja wam teraz. Dystopijna przyszłość, androidy, konspiracja. Tyle w zasadzie musicie wiedzieć, może poza tym, że ta babka z okładki to Konoko, agentka anty-terrorystyczna.

W zasadzie Oni rzuciłbym w diabły już po pierwszej, krótkiej retro-randce na PlayStation 2. Dziwne sterowanie, cienka grafika i słaby początek zrobiły swoje. To jednak istotna pozycja z mojego dzieciństwa; pamiętam, kiedy w 2001 roku widywałem w pisamch te wszystkie kozackie anime-grafiki, a w pokoju wisiał plakat. Pamiętam, kiedy sam grałem, a spod palców wychodziły widowiskowe ciosy. Pamiętam wreszczcie, że singla nigdy nie skończyłem, ponieważ był za trudny. Pora w końcu pokazać swojemu młodszemu ja, jak się gra.


To całe pokazywanie przebiegło inaczej niż sobie wyobrażałem: wśród wielu przekleństw, zwątpienia i frustracji. Krzemowe półgłówki w cyfrowym gang bangu poniewierały moją anime fajterkę raz po razie, dotkliwie obnażając braki w technice walki. Potraktowałem jednak tę sytuację jak wyzwanie, przeanalizowałem swoje błędy i wkrótce z ofiary gwałtu stałem się bezwzględnym oprawcą kolejnych zbirów. Z zaskoczeniem odkryłem, że Oni sprawia mi przyjemność, a wjazd napisów końcowych pozostawił mnie wręcz niezaspokojonym.  

Oczywiście moja droga do przyjemności wcale nie musiała być taka… bolesna. Tutorial dla debili można było wzbogacić o kompleksowy trening technik walki wręcz, a punkty kontrolne rozstawić nieco gęściej - testowanie nowych ruchów tylko po to, żeby cofnąć się o kwadrans i przed jakąś trudną sekwencję potrafi skutecznie zniechęcić. A jeśli nawet nie, to platforming bez wątpienia zdoła, kiedy trzeba się mocować z nieprecyzyjnym skakaniem i brakiem możliwości chwytania krawędzi.

Broń palna, tak pięknie eksponowana na okładce, początkowo też jest w tej grze głównie po to, żeby cię wkurwić. Być może dlatego, że trywialnym jest pokonać największego nawet kozaka sztuk walki, jeśli ten przed wyprowadzeniem uderzenia musi uchylić się gradowi kul - zastrzelić dziada i po sprawie. Enter The Matrix niejako ominęło ten problem dzięki bullet time’owi, natomiast w Oni większość arsenału zaprojektowano tak, by osoba po bolesnym końcu lufy miała szansę na uniknięcie ognia. Czasem nawet nie musi, bo strzelając z większych broni dość łatwo wysadzić się w powietrze.

Poza wrażeniem, że krzywa poziomu trudności przypomina kurs akcji Apple’a po premierze iPhone’a, ma się poczucie, że spece od poziomów byli w depresji. Wielkie i przeraźliwie szare lokacje, które swoją pustką i prostotą wydają się krzyczeć “jestem poziomem z gry wideo!” - najlepiej wtedy, kiedy jako Konoko spadamy w ramiona śmierci z dziesiątek kładek i krawędzi bez barierek. Fakt, że nad projektem lokacji pracowali profesjonalni architekci brzmi jak ponury żart, podobnie zresztą jak ilustracja muzyczna, częściej dopełniająca samobójczego klimatu ponurym ambientem, aniżeli pompująca techno-bity do obijania mordy.


Grafika nawet te 16 lat temu nie robila większego wrażenia. Co ciekawe, czytając wywiady z twórcami, można to chyba zrzucić na niezbyt imponujące możliwości iMaców końca lat 90. Tak jest, dobrze przeczytaliście - pomimo aparycji na wskroś konsolowej, Oni było projektowane z myślą o sprzęcie Apple’a, a w tamtym czasie Steve’owi Jobsowi zależało jeszcze na grach wideo. To takie fascynujące, że Bungie, firma znana obecnie ze strzelanin, w poprzednim stuleciu słynęła ze strategii, a na Macworld w 2000 r. reklamowała Halo jako przełomowego RTS-a. Trzeba jednak zaznaczyć, że Oni powstało w świeżo sformowanym, siostrzanym studiu w Kaliforni - Bungie West.   

Wyobraźcie sobie, że Oni to gra tak bardzo komputerowa, że wsparcia dla pada nie ma wcale, a jedyna i słuszna konfiguracja klawiszy modyfikowalna jest poprzez… plik tekstowy schowany w folderze z grą. W tamtym okresie nawet najpodlejsze porty z konsol były pod tym względem wygodniejsze. 

Niedoświadczenie ekipy z zachodniego wybrzeża USA zaprocentowało wieloma problemami w czasie produkcji. W finalnej wersji nie pojawiło się sporo z prezentowanych w zapowiedziach elementów, od rzeczy tak błahych jak bronie, po całe tryby rozgrywki. Pokazy multiplayera nakręciły całkiem sporo osób i nic dziwnego - wobec miodnego systemu walki wyglądało to na doskonały pomysł. Koniec końców problemy ze stabilnością wyeliminowały okazję to oklepania mordy znajomym. 


Czy było warto? Malutko jest stylistyki mangowej w zachodnich grach, a szkoda, bo dostajemy cool otoczkę bez ciężkostrawnej japońskiej dziwności. Oni było tak blisko zostania wielkim dziełem, że aż boli. Nie udało się, ale sprzedaż wypadła nieźle, a sequel wszedł do produkcji... jeszcze przed premierą oryginału! Take-Two miało najwyraźniej sporo wiary w markę, ale skończyło się na tym, że Bungie West zamknięto, "dwójkę” dość szybko skasowano, a do gry wkroczył Microsoft i jedyne, czym się interesowało Bungie przez najbliższą dekadę, to Halo. Pozostała gorycz, bowiem połączenie bijatyki ze strzelaniną to naprawdę miodny koncept, a Oni potrafi go godnie zaprezentować, jeśli dać jej szansę. Ja dałem i wam polecam to samo. 

Zakup i uruchomienie: Choć Bungie szybko zyskało status kultowego developera, a konsolową wersję spłodził Rockstar, Oni jest nie do kupienia w żadnej istniejącej reedycji czy formie cyfrowej. Problemy są także z uruchomieniem na nowym sprzęcie, chyba że jakimś cudem wciąż jesteście wierni Windowsowi XP. Z pomocą przychodzi fanowska nakładka Anniversary, umożliwiająca odpalenie dzieła Bungie w komforcie płynnej animacji i wysokiej rozdzielczości. W opcji są też mody różnej maści - ja od razu zainwestowałem w graficzne aktualizacje tekstur i modeli. Jeśli idzie o sam zakup, to na Allegro konsolówkę pochwytacie za grosze. Z komputerową wersją jest już naprawdę różnie, więc możliwe, że będziecie musieli poszperać na eBayu. Ja się szarpnąłem na amerykańskie wydawnictwo, bo spójżcie tylko na to cudowne, opalizujące pudło <3

  

 

Ocena na dziś: (naciągane) 7/10

 

Platforma - PC, PS2, Mac

Premiera - 26 stycznia 2001

Gatunek - akcja TPP

Średnia ocen w sieci - 73%

Zagrane po raz pierwszy - 2001 r.

Odświeżone - maj 2017 r.

Czas gry - 10 godz.+

 

Zwiastun




 



Source: Retrogranie: Oni
7
Rozmowy Off-Topik / Odp: Witam
« Ostatnia wiadomość wysłana przez cebula12 dnia 15 Październik , 2018, 21:26:08 pm »
siemka wszystkim :)
8
Rozmowy Off-Topik / Hotel Zakopane
« Ostatnia wiadomość wysłana przez fik55 dnia 15 Październik , 2018, 18:42:17 pm »
Witajcie
Wraz z narzeczonym planujemy wyjazd do Zakopanego. Szukamy hotelu, który zapewni nam rozrywkę oraz wypoczynek. Znacie jakieś hotele w Zakopanem z basenem? Możecie coś polecić?
9
Rozmowy Off-Topik / Odp: Witam
« Ostatnia wiadomość wysłana przez proopolig4 dnia 13 Październik , 2018, 12:05:29 pm »
Cześć wszystkim! :)
10
Rozmowy Off-Topik / Odp: Witam
« Ostatnia wiadomość wysłana przez mortali12222 dnia 13 Październik , 2018, 00:53:21 am »
Witam wszystkich bardzo serdecznie :)
Strony: [1] 2 3 ... 10