Gniew Tytanów

Gniew Tytanów

Po remake’u Starciu Tytanów obiecywałem sobie dwa lata temu wiele. Z kina wyszedłem raczej umiarkowanie zadowolony, gdyż wielki potencjał w znacznej mierze pogrzebano. Ogromne pieniądze, jakie przyniósł film, pozwoliły producentom na rychły sequel – czy Gniew Tytanów naprawia błędy poprzednika?
 
Niestety nie bardzo.  Przygody dzielnego Perseusza ponownie raczej zawodzą sposobem wydania dziesiątek milionów dolarów Braci Warner. Tego się chyba można było spodziewać, kiedy do napisania scenariusza najęto nowicjuszy, a na stołku reżyserskim zasiadł Jonathan Liebesman, znany z Bitwy o Los Angeles i Teksańskiej masakry piłą mechaniczną. Południowoafrykanin dał nam festiwal ekscytujących efektów specjalnych, któremu do filmu fabularnego nieco brakuje.
Już sam początek seansu nie wróży najlepiej – wskrzeszona w ckliwym zakończeniu „Starcia” Io okazuje się być martwa z początkiem Gniewu Tytanów, bo producenci nie dogadali się z Gemmą Arterton. Podobnież sprawa ma się z Andromedą, jednak w tym wypadku ograniczono się jedynie do zmiany aktorki i charakteru postaci (Rosamund Pike za Alexę Davos). Nawet fryzura Sama Wortingtona powracającego w roli Perseusza jest nie na miejscu.
Ale do rzeczy. Zupełnie odmieniony wydarzeniami z „jedynki” Zeus (Liam Neeson), zagląda raz po raz do domu Perseusza, który odrzucił życie króla i bohatera na rzecz przyziemnego żywota rybaka. Wychowuje teraz syna, więc kiedy król bogów informuje go o zbliżającym się zagrożeniu ze strony tytanów, nie wydaje się być tym faktem szczególnie przejęty.  Sytuacja zmienia się diametralnie, kiedy wioskę atakuje Chimera, a widz raczony jest bardzo konkretną sceną akcji.
Gniew Tytanów Perseusz
By przywrócić pokój na świecie (czyli w Grecji), Perseusz musi oswobodzić Zeusa, który trzymany jest teraz przez Hadesa (Ralph Fiennes) w Tartarze. Zły bóg świata umarłych literalnie wyciska soki ze swojego brata, co ma pomóc w oswobodzeniu Kronosa, ich ojca, tytana, który zwykł rządzić zanim nastały czasy Olimpijczyków. Jak można zobaczyć na zwiastunie, Perseusz nie zdąża na czas i Kronos wydostaje się na wolność. Jego zdolności językowe trafnie podsumowują złożoność fabularną filmu – potrafi on tylko złowieszczo krzyczeć „ZUUUS!”.
Choć film nazywa się Gniew Tytanów, zobaczymy w nim tylko jednego, wspomnianego przed chwilką Kronosa. Trochę to smucące, ale zarazem napawające optymizmem, bowiem w „Starciu” nie było żadnego, więc w kontynuacji (zapowiedziano już, że ma powstać) powinno pojawić się ich kilka. Żeby było zabawniej, nawet bogów jest dziwnie mało – w sumie pięciu. Co się stało z resztą Olimpijczyków, tak dumnie prężących wdzięki w poprzednim filmie? Tego nie wiadomo, więc trzeba założyć, że spadek liczby bogobojnych po prostu ich zabił.
Takich założeń podczas seansu trzeba poczynić kilka, gdyż, jak już każdy się domyśla, scenariusz i reżyseria nie stoją na należytym poziomie. Pozostaje więc smakować sceny akcji, efekty specjalne i trójwymiarowe. Na szczęście na tym polu „Gniew” nie zawodzi, więc fani kina akcji będą zadowoleni. Największe wrażenie robi sekwencja w labiryncie Hefajstosa, kiedy skomplikowany mechanizm wielkich kamiennych bloków wciąż się przesuwa, czyniąc z zaułków przejścia i na odwrót.
Gniew Tytanów Kronos
Dwa lata temu chwaliłem konwersję Starcia Tytanów do trójwymiaru. Podjęto wtedy taką decyzję w ostatniej chwili, na fali popularności Avatara. W rezultacie mogłoby się zupełnie obejść bez tego zabiegu, ale i tak byłem zadowolony. Wiele miesięcy później, kiedy 3D stało się już nie nowalijką, a codziennością, tego samego bym nie napisał, zwłaszcza, że seans z filmem trójwymiarowym z nieznanych mi powodów kosztuje znacznie więcej. Na szczęście dodanie kolejnego wymiaru wyszło filmowi Liebsmanna na dobre, kilka scen znacznie na tym zyskuje, a podczas jednej zachowałem się jak te dziecko, które pierwszy raz wybrało się do Imaksu i macha na te wszystkie efekty zdające się lecieć prosto na twarz.
W warstwie muzycznej niestety nie dano się ponownie wykazać Raminowi Djawadi – zamiast niego najęto szerzej nieznanego Javiera Navarrete, którego ścieżka w filmie działa nieźle, ale nie wynosi scen na wyższy poziom; nikt jej nie zapamięta. Wcale mnie to nie dziwi. Gniew Tytanów to film, który po prostu oddano w ręce nieodpowiednich ludzi. Była szansa na wiekopomne dzieło, a wyszedł przyzwoity film akcji. Znowu.  
 
Moja ocena - 6,5/10
 

 
Recenzja Starcia Tytanów.