Homefront

Homefront

Na G4G pojawiło się wiele artykułów na temat „Homefront”. Dowiedzieliśmy się, że gra będzie murowanym hitem z super fabułą i niesamowitym klimatem. Smaku dodawał fakt, że dzieło to markuje swoim nazwiskiem John Milius, autor scenariusza filmu „Czas Apokalipsy”, twórca „Red Dawn”, w którym ZSRR dokonuje inwazji na USA. W takim właśnie klimacie partyzanckim miał być utrzymany „Homefront”. Po prostu sukces. Murowany.
Szkoda, że wyszło inaczej, a mur owego sukcesu okazał się mieć cegły z dykty i zaprawę z samego żwiru. W dodatku owy mur łatwiej przeskoczyć niż obejść i mam tutaj na myśli czas jaki potrzebny jest aby skończyć „Homefront”. U mnie Steam pokazał równe cztery godziny. W niejedno demo grałem dłużej. Czas jaki spędzimy grając odpowiednio się wydłuża jeżeli wliczymy w to również instalację. Pudełkowa wersja gry jest wydawana na płycie DVD, ale to i tak jest bez sensu skoro trzeba czekać aż Steam dociągnie przynajmniej tyle samo danych co na płycie. Irytujące.
Długi opis krótkiej gry
Domek Po szybkim obiedzie i długiej sesji w „Bad Company 2” „Homefront” kończył wszystkie aktualizacje i na szczęście udało mu się – w końcu mogłem grać! Powinien być z tego „Achievement” – „Instalacja gry”. Na początku jak to zazwyczaj bywa przywitało mnie intro. Żadna rewelacja w porównaniu z tym co słyszałem i czytałem, ale też nie beznadziejne. Ot po prostu intro wyjaśniające jak, gdzie, kiedy i dlaczego. Kiedy już się tego dowiedziałem znalazłem się w świecie gry. Zabrany z obskurnego mieszkania i wsadzony w autobus jadący do obozu reedukacyjnego w celu zrobienia prania mózgu i przekonania, że Komuniści są dobrzy, a  wszystko inne złe. Zaczyna się o tyle ciekawie, że przez okno widać krajobraz okupacji – żołnierze patrolujący ulice, rozstrzeliwujący cywilów, zniszczone budynki, zasieki, czołgi i tym podobne rzeczy. Klimat jest. Żeby dalsza gra miała sens odbija nas ruch oporu bo potrzebują pilota helikoptera i dalej też jest ciekawie. Przedzieramy się przez okupowane miasto wycinając po drodze bandy złych_koreańców jednocześnie podziwiając pieczołowitość z jaką zostało stworzone otoczenie. Wrażenie robi rozbity samolot pasażerski oraz stadion zaadaptowany jako obóz koncentracyjny z masowymi grobami. Kryjówka partyzantów również nie budzi zastrzeżeń, wygląda naprawdę przekonująco – ktoś robi pranie, ktoś coś naprawia, rośliny rosną na grządkach, nikt się nie obija. Można nawet zamienić parę zdań z postaciami aby bardziej wczuć się w sytuację.   Dalej znowu lądujemy w wirze walki, wykonujemy razem innymi partyzantami określone zadania i po drodze dowiadujemy się po co to wszystko. Po prawdzie obawiałem się, że będę wykonywał jakieś super zaplanowane i przemyślane operacje, ale nie zawiodłem się – partyzantka to partyzantka. Jest ogólny plan, nie ma czasu i środków szczegółowe zaplanowanie misji, plany ewakuacyjne wymyślane dopiero kiedy zajdzie taka potrzeba, po prostu walczymy, aż w końcu udaje się zdobyć upragniony helikopter i tu w zasadzie kończy się to co dobre w „Homefront”. Dalej jest osłona ciężarówek, coś tam po drodze, jeszcze coś i ostatnia misją, która też miała być świetna, a była taka sobie i nagle… PUF! Koniec gry. Myślałem, że to żart, ale John Milius i kolesie z THQ okazali się brutalni i pojawiły się napisy końcowe.
Colon duty
Rozbity samolot Styl gry przez pierwsze dwie godziny bardzo przypomina „Call of Duty Modern Warfare”. Podobna dynamika akcji, jeszcze raz klimat i walka etapami  z tą różnicą, że trzeba wybić odpowiednią ilość przeciwników zamiast przedrzeć się przez ich zgraję. Po zdobyciu śmigłowca jest beznadziejnie – lata się w jakimś dziadostwie, za pomocą którego bez problemu można zniszczyć nawet ciężki czołg. Ot, klikanie, klikanie, klikanie, ogólnie nuda i męczarnia. Ulgę przynosi dotarcie do bazy niedobitków armii amerykańskiej gdzie znowu wracamy na ziemię i zaczyna się robić ciekawie, ale to tylko ostatnie dwadzieścia minut gry.
Modelarstwo, stolarka i warzywa
Rihanna? (Rianna)Animacja postaci również pozostawia wiele do życzenia. Byłaby super jakieś dziesięć lat temu, ale nie w roku 2011. Boty zachowują się jak by były wykonane z drewna. Na Forum padła trafna uwaga, że boty wyglądają jak biegające po mapie Pinokia.
Jeśli chodzi o zabawki, które mamy do dyspozycji to też nie jest ciekawie. Na bogactwo uzbrojenia rodem z „Modern Warfare 2” czy „Black Ops” nie ma co liczyć. Różnorodność  broni jest mała, za to wiele jest wersji tych samych przyrządów celowniczych, które prawie niczym nie różnią się od siebie. No, różnią się – kolorem. Dźwięk wystrzałów jest tak beznadziejny, że ciężko mi porównać do innych produkcji. Jedyne co przychodzi mi na myśl to produkcja własna – bierzemy słoik, wrzucamy do niego garść suchego grochu i mocno potrząsamy. Dźwięk będzie podobny.
Kolejna porażka to pojazdy – wyglądają jak uboga wersja kartonowych modeli pomalowanych plakatówkami i w podobny sposób ulegają zniszczeniu – dużo ognia nie wiadomo skąd i kartonowy kadłub wylatujący w powietrze. Nie ma żadnej frajdy z rozwalenia jakiegokolwiek pojazdu – nie jest to ani efektowne ani trudne. Wystarczy, że weźmiemy jakikolwiek sprzęt do niszczenia czegoś czego nie da się zepsuć grochem ze słoika, a wtedy gdzieś pojawia się horda dykty na kółkach, którą trzeba wytłuc i patrzymy sobie jak lata i płonie.
A miało być tak pięknie…
Grób Podsumowując „Homefront” jest dobrym przykładem na to jak można spieprzyć naprawdę dobry pomysł na grę. Najbardziej dobijające jest to, że gra się tylko cztery godziny z czego satysfakcję przynoszą tylko pierwsze dwie pomimo zastosowania drewna, grochu i dykty. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się napisać takiej długiej recenzji w porównaniu z opisywanym tytułem. Stanowczo odradzam kupowanie tego produktu. Biorąc pod uwagę całą otoczkę marketingową, szumne zapowiedzi oraz markę jaką jest John Milius można spokojnie posłużyć się porównaniem do zakupów w cukierni – kupujemy super tort w bardzo ładnym opakowaniu, z którego ma wyskoczyć dziwka, a po otwarciu pudełka okazuje się, że zamiast tortu jest wafelek pokryty kremem waniliowym, a w środku stolec. Nie dajcie się wziąć na litość firmie THQ, która płacze, że jeśli nie sprzeda dwóch milionów egzemplarzy to produkcja się nie zwróci. I dobrze, niech stracą. Może następnym razem zastanowią się zanim wypuszczą kolejnego gniota.
 
Premiera - 18 marca 2011 (Europa)
Platforma - PC (testowana), X360 & PS3 
Producent – Kaos Studios
Wydawca - THQ
Gatunek - FPS
Czas gry – 4h
Moja ocena: 2/10
P.S. Wkrótce osobna recenzja trybu Multiplayer!