Atomic Blonde

Atomic Blonde

Co jakiś czas pojawia się film akcji, który udowadnia, że kobieta też “może”. Na ekranie oglądaliśmy nawet zawodniczki MMA (Rousey, Carano), ale obyło się bez fajerwerków. Charlize Theron w Atomic Blonde udowadnia nie tylko że “może”, ale i łoi tyłki mocniej niż niejeden męski gwiazdor kina kopanego.

 

Zwiastuny nie wieszczą niczego szczególnie skomplikowanego - tytułowa blondyna wyrusza do stolicy Niemiec tuż przed upadkiem muru by sprawić, żeby lista tajnych agentów nie wylądowała po złej stronie Żelaznej Kurtyny. Szybko okazuje się jednak, że pod względem narracyjnym Atomic Blonde chce wyjść na mistrzowską szpiegowską intrygę - nikt tutaj nie jest tak naprawdę tym, za kogo się podaje, a akcja przedstawiona jest dwutorowo, kiedy główna bohaterka spowiada się na przesłuchaniu z zajść w Berlinie. Zwrotów akcji mamy bez liku, ale koniec końców zostajemy z trzema zakończeniami i poczuciem pustki pomieszanej z nieporozumieniem, bo kto i co wiadomo, ale dlaczego?

Atomowa Blondyna

Motywacje postaci są niejasne, a struktura opowieści hamuje tempo nie wyjaśniając wiele. Wreszcie ta nieszczęsna lista wszystkich agentów wywiadowczych, za którą bohaterowie się uganiają. Pomysł nie dość że nieświeży, to jeszcze dość głupi. Generalnie nie wiadomo jak i skąd, ale ważne! - czyli typowy McGuffin.

Pewnych zgrzytów nie udało się też uniknąć w warstwie muzycznej, która natłokiem eightiesowych hitów (czasem i dwóch w ciągu minuty) trochę za bardzo stara się zbudować klimat - nawet użycie wybranych kawałków też jest czasem dość dziwne, jakby zawiadujący wszystkim David Leitch nie potrafił się zdecydować, czy muzykę słyszą bohaterowie, czy tylko widz. Co ciekawe, niektóre przeboje pojawiają się pod postacią coverów (Health - Blue MondayKaleida - 99 Luftballons) i wielka szkoda, że nie zdecydowano się na to częściej, bo raz, że kawałki są jakościowo świetne, dwa, że świeższe, a trzy, że pasuje to do silnego poczucia stylówy twórców.

No właśnie, stylizacja. Atomic Blonde oparte jest na komiksie The Coldest City, oczekiwać więc można było pięknych, wystudiowanych kadrów, ale... rysunkowy pierwowzór warstwę wizualną ma słabą i raczej niepodobną do tej oglądanej na ekranie - za świetne zdjęcia możemy więc podziękować Jonathanowi Seli. Cieszą oko także kostiumy, prezentujące najlepsze, co ówczesna moda miała do zaoferowania kobietom.

Halt!

Ludzie słusznie oczekiwali po tym filmie "Jane Wick" (bo tak go sprzedawali), ale zawiedzie ich tylko zbyt skomplikowana fabuła - w kwestii akcji Leitch "dostarcza". Ba, robi to lepiej niż jego kumpel Stahelski kilka miesięcy wcześniej przy Johnie Wicku 2. Po prostu mniej tu generycznego strzelania do odradzających się hord przeciwników, a więcej efektownego bicia po mordzie inspirowanego Bourne'em (przy braku zjebańczej trzęsącej się kamery). Pod względem montażu Atomic Blonde też wypada lepiej, bo czytelne i długie ujęcia uzupełniane są jeszcze fajnymi trikami montażowymi.

“Blondyna” wśród miłośników gatunku zostanie bez wątpienia zapamiętana za scenę akcji na klatce schodowej. Choć temat wydaje się ostatnio modny, to tutaj nabiera nowego smaku dzięki niesamowitej brutalności i realistyczności wszystkich ciosów, a pod koniec, kiedy walka wydaje się wygrana, dostajemy jeszcze pościg samochodowy. Film wyróżnia też progresywność ran i siniaków na twarzy i ciele głównej bohaterki - rzecz w zasadzie niespotykana w kinie akcji.

Pod koniec znowu będę was namawiał, żeby iść do kina, by wesprzeć klasyczne kino akcji. Na szczęście jednak wcale nie muszę tego robić tylko z tego względu, bo seans z Atomic Blonde to naprawdę godnie spędzony czas, który zadowoli nie tylko miłośników efektownego kopania po mordach.

This. Is. SPARTA!

Moja ocena: 7/10

 

PS. W filmie nie ma piosenki Blondie - Atomic :/

PPS. Sprawdźcie też ten kapitalny cover Cities in Dust (z kolei oryginał na ścieżce się pojawia). 

 

Wyśmienity trailer