Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości

Batman v Superman: Świt Sprawiedliwości

Kiedy szedłem na świąteczno-niedzielną prapremierę Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, poza ekscytacją nadchodzącym seansem, powracała do mnie myśl: „nareszcie napiszę recenzję na czas, jeszcze zanim większość ludzi w ogóle ruszy do kin!”. Jak widać nie udało się, a wszystko przez fascynującą złożoność tematu krytyki najnowszego dzieła Zacka Snydera.

 

Poza oczywistym narzekaniem na Bena Afflecka w roli Batmana wśród osób, które jeszcze nie zauważyły, że czasy Gigli i Daredevila ma dawno za sobą (i dwa Oscary żeby to podeprzeć), z okazji premiery Batman v Superman pojawiły się cokolwiek osobliwe afery. Trudno bowiem zadziwiającym nie nazwać rozwodzenia się nad dwu i półgodzinnym czasem trwania filmu, kiedy Avengersi zabawiali nas 10 minut krócej, Mroczny Rycerz tyle samo, a jego następca o kwadrans dłużej. Mało kto zdawał się też grymasić na trzy godziny seansu przed każdym Władcą Pierścieni. W podobnym tonie wiele osób rozpisuje się też nad mrocznym i totalnie poważnym podejściem do tematu – zupełnie tak, jakby filmy na bazie komiksu musiały być wypełnione kolorem, marvelowskimi gagami i przyjazną rodzinie przemocą.

Nie wszystkie sensacje na temat obrazu Snydera były jednak wydumane. Podana niedawno informacja, że na DVD ukaże się rozszerzona o dodatkowe 30 minut wersja, podniosła pytania o wycięcie istotnych elementów fabuły – wszak ekstatyczne opinie na temat Batman v Superman pochodzą właśnie z seansów z trzygodzinną wersją, z której zrezygnowano w ostatnim momencie. Obawy wydają się znajdować swoje potwierdzenie, bowiem kinowa wersja Świtu sprawiedliwości miejscami wygląda, jakby ktoś operacyjnie pozbawił jej „sensodajnych” elementów.  

I'm Batman!

Odczucia te udzieliły się zwłaszcza krytykom, którzy w znakomitej większości bardzo niepochlebnie wypowiedzieli się na temat narracyjnego charakteru filmu. Byłem tego zupełnie świadom zmierzając na prapremierę (ach te polskie opóźnienia...), ale seans zakończyłem z myślą „o co ten cały hałas?”. Jeśli myśl ta wydaje się wam nieszczególnie podszyta emocjami, to macie rację – salę opuściłem z dupą na swoim miejscu i daleki od euforycznych okrzyków artykułowanych przeze mnie podczas powrotnej drogi samochodem z Człowieka ze Stali.

Scenarzyście Davidowi Goyerowi trudno odmówić ambicji, bowiem podjął się próby nie tylko rzucenia przeciwko sobie tytułowych bohaterów, ale i napisania kontynuacji Człowieka ze Stali, nowej opowieści o Batmanie i wreszcie zasygnalizowania nadejścia Avengersów w wersji Detective Comics – Justice League. Trudno tyle rzeczy zmieścić nawet i w trzech godzinach, a odpowiednio zręcznie wyreżyserować i napisać jeszcze trudniej. W efekcie fabuła jest tak rozbudowana, że pęka w szwach, a na jej niekorzyść dodatkowo pracują przestoje i rozmaite dziury. Sytuacji nie zdołał nawet uratować ściągnięty do pomocy autor oscarowego skryptu do Argo, Chris Terrio.

Jakby tego było mało, niedźwiedzią przysługę ekipie twórców zrobił dział marketingowy. Ten, kto widział drugi zwiastun Świtu sprawiedliwości, poznał w zasadzie strukturę całego filmu. Wobec tego,  wyświetlana przed każdym seansem wideoprośba Zacka Snydera o niespoilerowanie, wydaje się ponurym żartem. Jeśli jednak należysz do szczęśliwców, którzy nie mieli okazji oglądać felernego trailera, pomiń następny akapit.

I'm Batman.

Ludzie od promocji Braci Warner w swoim geniuszu uznali, że ujawnienie powierzchowności pojedynku Batmana i Supermana to dobry pomysł – wszak wiadomo, że to tak naprawdę kumple i partnerzy w zwalczaniu zła, że nigdy do prawdziwego konfliktu między nimi nie dojdzie. Jasne, rozumiem to – wszak nawet w kultowym komiksie The Dark Knight Returns Franka Millera (z którego zresztą Snyder czerpał garściami) Człowiek ze Stali i Nietoperz Gotham stanęli naprzeciw siebie tylko dlatego, że tak rozkazał temu pierwszemu prezydent USA. Ale przecież uniwersum DC według Snydera to nieco inna bestia, a pokazanie, że obaj panowie na końcu stają ramię w ramię do walki z Doomsdayem wyciąga sporo emocji związanych z tytułową walką (a sam nemezis to artystyczna wtopa o aparycji Jaskiniowego Trolla). W zasadzie zwiastun nie wyjawił tylko jednego dużego punktu fabularnego w całym filmie.

BWS

Choć, zważywszy na powyższe, przez cały czas wiedziałem, co zdarzy się dalej, podróż okazała się intrygująca. Ziarno trafiło na żyzny grunt, pomimo, że nigdy nie uważałem się za wielkiego fana DC. Początek to krótka, acz znana nawet przez moją babkę genezą postaci Batmana, płynnie przechodząca w widzianą oczyma Bruce’a Wayne’a destrukcję Metropolis podczas walki Zoda i Supermana. Byłem bliski zachwytu – „jest dobrze!”, powtarzałem sobie w duchu. Późniejsza debata na temat tego, czy kochać, czy się bać kosmity z planety Krypton, dalej umacniała to poczucie; Goyer ze Snyderem sprytnie zbudowali kanwę BvS na podstawie tragedii, która zrównała z ziemią pół miasta. Wtem narracja zaczęła się sypać poprzez chęć pokazania zbyt wiele, w zbyt skomplikowany sposób.

O co chodzi? Batman głęboko wierzy, że wszechpotężny kosmita to zbyt wielkie zagrożenie, a wtóruje mu w tym Lex Luthor. Znany szwarccharakter to teraz sfiksowana do reszty wersja Marka Zuckerberga, która wplata do fabuły jeszcze wątki polityczne i teologiczne, mając trudność w zdecydowaniu się na pojedyńczą motywację. Mimo wszystko, wydawałoby się, że panowie mogą się dogadać, ale byłoby to zbyt trywialne jak na mistrza zła, więc grana przez Jesse’ego Eisenberga postać wymyśla okrutnie skomplikowany i niezbyt dopracowany plan pojedynku dwóch arcyherosów. Między tym wszystkim pęta się też bardzo chcąca coś znaczyć dziewczyna Supermana, Lois Lane, ale boleśnie jej to nie wychodzi. Ach, no i jest też przecież Wonder Woman. I reszta Ligi Sprawiedliwości. I szalone sny o przyszłości Bruce’a Wayne’a!

To właśnie w scenach snów boleśnie uwypukliło się przeładowanie zawartością. Nie dość, że są ich aż cztery, to jeszcze ich znaczenie pojmą tylko fani DC. Wszystko fajnie i pięknie, że dostaliśmy „Mad Batsa”, ale o co chodzi jakby? Cóż to za latające stwory? Superman ma armię? Dlaczego jesteśmy na pustkowiu? I czy w ogóle to tylko sen, czy jakaś prorocza wizja? Do wątków spajających części uniwersum Justice League zabrano się kompletnie od dupy strony.  

Mad Bats

Mimo wszystko Snyder wydaje się szczery w swoich ambicjach, w chęci wiernego przetłumaczenia komiksów na język filmowy. Niestety znów robi to zbyt dosłownie, nagminnie serwując prościutką symbolikę i głupie zagrywki bohaterów. Poważny jest też przy tym wielce, co dodatkowo pogłębia negatywny efekt.

Na szczęście komiksy w równej mierze się ogląda, co czyta, a w BvS niewątpliwie jest na co popatrzeć. Idąc na ten film można było być pewnym jednego – że dostanie się wizualny majstersztyk. Tak też się stało, akcje mocno kopie tyłek, a sam pojedynek Batmana z Supermanem będzie wspominana przez lata. Podobnie jak wcześniej w Człowieku ze Stali pierwszy raz zobaczyliśmy „realistyczną” walkę dwóch ultrapotężnych istot, tak teraz byłem świadkiem co by było, gdyby to człowiek postanowił sam zmierzyć się z kimś kto dźwiga statki i wali laserem z oczu. Rezultatu oczywiście nie zdradzę, bo ten niejednego zaskoczy.

Swoistym objawieniem BvS jest Batman i to, jakim kozakiem może być w walce wręcz – obejrzenie Batflecka biorącego „na klatę” dwa tuziny oprychów „Arkham Style” było wręcz szokująco zajebiste, bat-sutki miałem twarde. Dostałem po mordzie bolesną prawdą, jak tak naprawdę mizernie Chris Nolan pokazał wcześniej umiejętności kopania tyłków przez Rycerza Gotham. Oglądanie TEGO Batmana w ruchu jest niczym objawienie, przyjście Chrystusa, który wcześniej zwiastował w growym Arkham Asylum.

Zbawca ludzkości?

Ekranowa bat-miazga jest częścią nowego-starego konceptu postaci, silnie inspirowanego millerowską wersją „Nietoperza”, ukazującą Bruce’a Wayne’a jako starszą, zmęczoną dwudziestoletnią walką z przestępczością, wersję idealistycznego mściciela. Ten Batman nie ma już złudzeń, po prostu likwiduje lub śmiertelnie okalecza bandziorów dostatecznie głupich, by stanąć mu na drodze. Pomysł kontrowersyjny, ale bardzo trafny wobec realistycznej konwencji BvS. Niestety po takiej, a nie innej motywacji Batsa, w filmie się nieco prześliźnięto. Niemniej, tym razem mamy nie tylko „herosa, na którego Gotham zasługuje”, ale i „tym, którego potrzebuje”. Affleck niewątpliwie wygrał na tej roli i nikt już mu talentu odbierać nie będzie.

Batman v. Superman jest jak finał Ligi Mistrzów, w którym mamy kilka wyśmienitych akcji i sztuczek technicznych, ale trenerzy robią dziwne zmiany, sędzia zarządza dogrywkę, a zmęczeni grajkowie się faulują. To mecz, w którym nawet tacy giganci jak Hans Zimmer i Junkie XL grają poniżej swoich możliwości. Mimo wszystko to jednak TEN mecz – zobaczyć trzeba, dzieje się sporo, a złe wrażenie po momentach słabej gry rekompensują momenty futbolowej magii. Mówiąc wprost: idźcie i oglądajcie, dla „największego gladiatorskiego pojedynku w historii” warto. 

 

Moja ocena: 7,5/10