Intel Extreme Masters Katowice 2015 - relacja

Intel Extreme Masters Katowice 2015 - relacja

Po ogromnym sukcesie zeszłorocznych mistrzostw świata w grach komputerowych, nie wypada już tłumaczyć, czym jest Intel Extreme Masters. Na przestrzeni trzech lat impreza urosła do jednego z najważniejszych wydarzeń kulturalno-sportowych w Polsce, które szerokim echem odbija się także na świecie.

 

Zainteresowanie katowicką imprezą było o wiele większe niż ostatnim razem. Przy Spodku miało pojawić się nawet dwukrotnie więcej osób – blisko sto tysięcy. Dlatego też organizatorzy spieszyli się z oddaniem do użytku zbudowanego za 320 mln złotych Międzynarodowego Centrum Kongresowego, umożliwiającego dzielenie imprezy z sąsiadem. Decyzja okazała się jak najbardziej trafna, bo chętnych w kolejce rzeczywiście ustawiło się znacznie więcej niż przed rokiem, a i tak hale miejscami nie wytrzymywały z przepełnienia.

Trzeba oddać organizatorom, że wyciągnęli wnioski sprzed roku i zapewnili prawidłową organizację kolejki i należyte wsparcie gastronomiczne dla dzielnych „staczy”. Ci najbardziej wytrwali musieli przecierpieć nawet sześć godzin, ale skarg nie było słychać – tuż po wejściu IEM 2015 oszałamiał.

Błysk fleszy przy cosplayerach, piski młodziutkich dziewczyn na widok znanych youtuberów, grupki graczy walczących po sieci lokalnej i rozlegający się co rusz gromki doping ze scen: mistrzostwa globu w League of Legends, Counter-Strike’a: Global Offensive i StarCrafta 2 to czas wyjątkowy.

IEM15 Spodek

W porównaniu do zeszłorocznych rozgrywek, ich liczba i charakter pozostał niezmienny, aczkolwiek reagując na gigantyczną popularność LoL-a, przyznano mu na dwa dni cały Spodek z jego wielką sceną na wyłączność. Miało to swoje oczywiste zalety, ale także i wady, gdyż wszystkie stoiska przesunięto do MCK, a popularności CS:GO znacznie niedoszacowano – po wielkim sukcesie polskiego Virtus.Pro w ubiegłym roku, każdy mecz „Kantera” był tłumnie oglądany, a przy rozgrywkach rodaków trybuny wręcz pękały w szwach. By zająć miejsce nawet w wydzielonej, dziennikarskiej sekcji, trzeba było ustawić się godzinę przed meczem!

Podobnie jak przed rokiem, eliminacje finałów CS:GO i SC2 odbyły się w zamkniętym dla zwykłych odwiedzających czwartku, „dniu zero”. Wśród rozgrywek strategii Blizzarda o wielkich emocjach nie było mowy – startowali wyłącznie Koreańczycy (już niedługo chyba każdy będzie musiał mieć „swojego” Koreańczyka w tej dyscyplinie, tak jak w ping-pongu), a mecze były głównie jednostronne.

Tego samego nie można jednak powiedzieć o grupowych potyczkach w Global Offensive, gdzie po raz kolejny odpadli faworyci z Titan, skazani na porażkę brazylijczycy z Keyd Stars dochrapali się premiowanego awansem drugiego miejsca, a chłopakom z niemieckiego PENTA Sports na drodze do ćwierćfinału nie stanęła nawet kradzież laptopów z hotelu. Polacy z Virtus.Pro znowu przeszli przez pierwszą fazę jak burza, pewnie pokonując rywali i nie kryjąc, że interesuje ich tylko podniesienie pucharu podczas niedzielnego finału.

IEM15 Główna scena

Podczas ćwierćfinału „nasi” trafili naczarnego konia z Keyd i coś, co miało być tylko spacerkiem, okazało się powieścią z dreszczykiem. Po pewnym zwycięstwie na pierwszej mapie – Mirage – brazylijczycy zaskoczyli i wyszli na wysokie prowadzenie podczas następnego w kolejce Overpass. Virtusi otrząsnęli się jednak, odrobili aż 9 rund straty i doprowadzili do dogrywki. W doliczonym czasie gry Keyd postawiło na swoim i mieliśmy remis, ale podrażnieni Polacy roznieśli rywali w decydującym starciu na Nuke aż 16:1.

Po wszystkim frontman polskiego zespołu, Jarek „Pasha” Jarząbkowski powiedział, że o nerwach w środku meczu zdecydowały „błędy skillowe”. Niestety ta niepewność ponownie dała o sobie znać w półfinałowym pojedynku z faworyzowanym Fnatic. Zwycięstwo na otwierającym pojedynek Cobblestone było w zasięgu ręki, ale pomimo dopingu w nerwowej dogrywce górą byli rywale. Po podjęciu walki na początku ulubionego przez siebie Mirage, nasz team – jak to ujął dosadnie Jarek – „się zesrał” i oddał mapę 8:16, w konsekwencji odpadając z turnieju.

IEM15 Pasha

Co zrozumiałe, chłopaki z Virtus.Pro byli niebywale zawiedzeni, wcześniej celując w powtórzenie sukcesu sprzed roku. "Jak na naszą drużynę to była wielka porażka, nie przywykliśmy odpadać w półfinałach, tylko wygrywać największe eventy i pokazywać się z jak najlepszej strony" – tak przegraną skwitował Pasha.

Po Polakach swój półfinał stoczył ubiegłoroczny wielki przegrany – Ninjas in Pyjamas ze Szwecji. Ekipa pod wodzą Christophera „GeT_RiGhT” Alesunda pewnie pokonała francuskie EnVyUs i po raz drugi z rzędu weszła do finału Intel Extreme Masters. Niestety dla popularnego „Krzyśka” (jak nazywają go polscy fani) i jego kolegów, po raz drugi go przegrali.

Faworyzowany przez publiczność NiP stawił dzielny opór będącemu w wielkiej formie Fnatic. Choć przegrał potyczkę na Dust 2 dwoma oczkami, niesiony wielkim dopingiem okazał się zwycięzcą na pochodzącej z CS: Source mapie Cache. W reakcji Fnatic dokręciło śrubę i na wieńczącym mecz Inferno po połowie prowadziło już 11:4. Kiedy wydawało się, że już po wszystkim, NiP zerwał się do szaleńczej pogoni i doprowadził do stanu 15:13. Oddając raz po raz rundy meczowe, „fanatycy” zaczęli gubić się coraz bardziej, ale w końcu to na ich tablicy zapaliła się upragniona szesnastka. Miny zwycięzców były niesamowite, w szczególności stan przedzawałowy z wielką ulgą znikający z twarzy najlepszego na turnieju Olofa „olofmeister” Kajbjera.

Puchar i sto tysięcy dolarów trafiło więc w ręce piątki z Fnatic, a sam finał pod względem popularności grubo przebił zeszłoroczny – 250 tysięcy widzów w sieci stało się milionem.

W cieniu spodkowych emocji odbywały się rozgrywki CS:GO pań, które w ramach Intel Challenge rozgrywały półfinały. To niezbyt trafna decyzja, jeśli chodzi o promocję żeńskiego e-sportu - przy garstce widzów Polki z Alsen Team gładko uległy CM Storm, a w meczu o trzecie miejsce z Ubinited oddały pole jeszcze bardziej. Na pocieszenie otrzymają do podziału 2500 dolarów, a triumfujące nad CM Storm Bad Monkey Gaming  wzbogaci się o okrągłe 15 tysięcy.

Po zmierzchu rozegrał się finał StarCrafta 2, w którym w wyrównanym pojedynku starli się dwaj miłośnicy rasy protossów – Joo „Zest” Sung Wook oraz Cho „Trap” Sung Ho. Pomimo słabszej formy w ostatnim czasie i znaczącej przewagi podczas całego meczu, Zest uległ trapowi tylko raz, wygrywając w sumie 4:1. Do zwycięzcy powędrowało 68 tysięcy dolarów, a przegranemu gorzką pigułkę pomoże przełknąć 15 tysięcy.

Na najważniejszy mecz w League of Legends przyszło znacznie mniej ludzi niż zakładano, na co z pewnością niemały wpływ miała późna godzina wieczorna. Pojedynek zapowiadał się interesująco, ale miłośnicy tego ultrapopularnego MOBA na większe emocje mogli liczyć tylko początkowo, kiedy chiński Team WE prowadził z amerykańską organizacją Team SoloMid. Wyglądało na to, że sensacyjna formacja z Państwa Środka wyciągnęła wnioski po wcześniej porażce w fazie grupowej, ale czujności nie wystarczyło do końca i przegrali mapę. Reszta meczu odbyła się pod coraz silniejsze dyktando TSM i to oni zgarnęli 108 tysięcy dolarów. Potyczkę śledziło w sieci 2,5 miliona osób.

IEM15 Puchar dla TSM

Wśród stoisk Intel Extreme Masters widziałem pełno znajomych widoków, ale było coś co od razu wybijało się z tłumu wystawców – to Karolina Pilarczyk i jej „Silvette”, czyli Nissan 240SX z widlastą ósemką pożyczoną z nowego Camaro SS. Co na takiej imprezie robiła jedyna polska licencjonowana drifterka? Jak to sama ujęła, „istnieje bardzo duża analogia, jeśli chodzi o sprzęt Acera i mój samochód – i jedno i drugie jest piękne, i jedno i drugie jest szybkie, wydajne”. No przecież. 

Sam Acer żadnych gier o jechaniu poślizgiem nie pokazał, a stanowiska z Project CARS – gorąco przecież oczekiwanej symulacji wyścigowej – ustawił z boku, w dodatku bez kierownic czy nawet pada. Szkoda, z jeszcze niewydanej gry Slightly Mad Studios można było zrobić hit targów. Na pocieszenie można było popykać z kolegami w jeszcze świeże Evolve.

Największy na imprezie Intel stoisko miał identyczne jak ostatnio, podmieniono jedynie kilka tytułów na nowsze. Nie bardzo wiadomo, dlaczego ponownie na największych ekranach i najpotężniejszych komputerach puszczano mało imponujące wizualnie gry, ale za to gratką była sekcja z najnowszym Oculus Riftem, do którego załadowano Lucky’s Tale. Ta prosta platformówka 3D w starym stylu świetnie pozwalała każdemu wyrobić sobie zdanie, czy gogle tego typu rzeczywiście zwiastują rewolucję w graniu.

Dla mnie największym zaskoczeniem – i jednocześnie hitem – była ekspozycja Muzeum Historii Komputerów i Informatyki z Katowic, która oddała do dyspozycji szpanerski przed laty Commodore CX64 oraz 5 stanowisk z Quakiem 3 załadowanym na... pamiętających lata 90. iMacach. Chociaż granie na tym sprzęcie nie mogło się równać przyjemności obcowania z najwyższą półką komputerowych peryferiów dokoła, wielu graczy starszej daty wzdychało ze wzruszenia pokazując młodym, jak to się fragowało w 99. roku.

IEM15 Karam botów

Wspomniałem już, że organizatorzy świetnie ogarnęli kolejkę i gastronomię dostępną odwiedzającym (co więcej wśród niej oprócz prostackiej zapiekanki z pieczarkami były wyszukane smaki dostawców szybkiego jedzenia z całej polski), ale niestety nie obyło się bez wpadek i niedopatrzeń. Szczególnie doskwierał brak informacji - nigdzie nie było napisane o tym, kto i kiedy gra, a ochrona nie miała pojęcia o niczym poza tym, że „tu jest wyjście ewakuacyjne, proszę tu nie stać”. Nawet komunikacja pomiędzy MCK a Spodkiem nie była zbyt płynna, jeśli już komuś udało się wreszcie trafić w odpowiednie przejście.

Z dziennikarskiej strony dodam, że wśród 750 akredytowanych osób znaleźli się ludzie równi i równiejsi (gigantowi HLTV.org czyniono problemy z dojściem pod scenę, a przed PAP niemal rozkładano dywanik), a dojście do strefy graczy było zagadką. Początkowo nawet nie można było z niej wyjść tą samą drogą, bo ochrona domagała się ekstra uprawnień. Absurd. Nawet dostęp do sieci bezprzewodowej był podejrzanie strzeżony, a jej zasięg... Cóż, nie najlepszy.

Pomimo tych niedogodności i przegranej Polaków, finał Intel Extreme Masters 2015 trzeba uznać za duży sukces. Według wstępnych szacunków imprezę odwiedziło imponujące 90 tysięcy osób, bito rekordy oglądalności, a o randze IEM wśród „zwykłych” ludzi świadczy obecność Janusza Korwina-Mikkego. „Krul” zjawił się, deklarując, że sam jest graczem (acz optuje za grami planszowymi), a młodzi ludzie „zamiast siedzieć przed telewizorem rozwijają umysł i szybkość reakcji”. Później dodał także, że „sporty umysłowe są tak samo ważne, jak fizyczne, z czym wypada mi sie tylko zgodzic.  

IEM15 Flesze

 

Rozmówki teamspeakowe


4.666665