Retrogranie: Oni

Retrogranie: Oni

Miłośnicy gier akcji w mangowej stylistyce nie mają specjalnie czego szukać poza Japonią, ale premiera amerykańskiej adaptacji kultowego Ghost in the Shell przypomniała mi, że już kiedyś Zachód próbował, w dodatku z całkiem niezłym skutkiem – Oni.

 

Wspomnienia: wysoki poziom trudności, unikalna mangowa stylistyka, fajna bohaterka, świetny motyw przewodni, oryginalna rozgrywka.

It's over nine thousand!

Rzeczywistość: Widzicie na okładce te kozackie giwery, które w pełnej gotowości trzyma zadziorna, fioletowowłosa szprycha? Żadna z nich nie pojawia się w grze, a i polygonowej panience daleko jest do symbolu seksu. Wciśnięcie “nowej gry” zmusza nas do przejścia lamerskiego tutoriala, a potem w pierwszej misji serwuje jakiś magazyn, gdzie poznajemy wszystkie odcienie koloru szarego, a także bolesne dowody na “growość” Oni - poza parkowaniem prawego buta na mordach złych kolesi i dziurawienia ich czasem kulami, czas spędza się na poszukiwaniu paneli odblokowujących drzwi i przeklinaniu irytujących pomysłów projektantów.   

Z początku przynajmniej fabuła jawi się interesująco, ale to tylko pozory, bo niedługo po przejściu będziecie mieli problem z opowiedzeniem znajomym o co chodziło - coś jak ja wam teraz. Dystopijna przyszłość, androidy, konspiracja. Tyle w zasadzie musicie wiedzieć, może poza tym, że ta babka z okładki to Konoko, agentka anty-terrorystyczna.

W zasadzie Oni rzuciłbym w diabły już po pierwszej, krótkiej retro-randce na PlayStation 2. Dziwne sterowanie, cienka grafika i słaby początek zrobiły swoje. To jednak istotna pozycja z mojego dzieciństwa; pamiętam, kiedy w 2001 roku widywałem w pisamch te wszystkie kozackie anime-grafiki, a w pokoju wisiał plakat. Pamiętam, kiedy sam grałem, a spod palców wychodziły widowiskowe ciosy. Pamiętam wreszczcie, że singla nigdy nie skończyłem, ponieważ był za trudny. Pora w końcu pokazać swojemu młodszemu ja, jak się gra.

Double Spin Kick!

To całe pokazywanie przebiegło inaczej niż sobie wyobrażałem: wśród wielu przekleństw, zwątpienia i frustracji. Krzemowe półgłówki w cyfrowym gang bangu poniewierały moją anime fajterkę raz po razie, dotkliwie obnażając braki w technice walki. Potraktowałem jednak tę sytuację jak wyzwanie, przeanalizowałem swoje błędy i wkrótce z ofiary gwałtu stałem się bezwzględnym oprawcą kolejnych zbirów. Z zaskoczeniem odkryłem, że Oni sprawia mi przyjemność, a wjazd napisów końcowych pozostawił mnie wręcz niezaspokojonym.  

Oczywiście moja droga do przyjemności wcale nie musiała być taka… bolesna. Tutorial dla debili można było wzbogacić o kompleksowy trening technik walki wręcz, a punkty kontrolne rozstawić nieco gęściej - testowanie nowych ruchów tylko po to, żeby cofnąć się o kwadrans i przed jakąś trudną sekwencję potrafi skutecznie zniechęcić. A jeśli nawet nie, to platforming bez wątpienia zdoła, kiedy trzeba się mocować z nieprecyzyjnym skakaniem i brakiem możliwości chwytania krawędzi.

Broń palna, tak pięknie eksponowana na okładce, początkowo też jest w tej grze głównie po to, żeby cię wkurwić. Być może dlatego, że trywialnym jest pokonać największego nawet kozaka sztuk walki, jeśli ten przed wyprowadzeniem uderzenia musi uchylić się gradowi kul - zastrzelić dziada i po sprawie. Enter The Matrix niejako ominęło ten problem dzięki bullet time’owi, natomiast w Oni większość arsenału zaprojektowano tak, by osoba po bolesnym końcu lufy miała szansę na uniknięcie ognia. Czasem nawet nie musi, bo strzelając z większych broni dość łatwo wysadzić się w powietrze.

Poza wrażeniem, że krzywa poziomu trudności przypomina kurs akcji Apple’a po premierze iPhone’a, ma się poczucie, że spece od poziomów byli w depresji. Wielkie i przeraźliwie szare lokacje, które swoją pustką i prostotą wydają się krzyczeć “jestem poziomem z gry wideo!” - najlepiej wtedy, kiedy jako Konoko spadamy w ramiona śmierci z dziesiątek kładek i krawędzi bez barierek. Fakt, że nad projektem lokacji pracowali profesjonalni architekci brzmi jak ponury żart, podobnie zresztą jak ilustracja muzyczna, częściej dopełniająca samobójczego klimatu ponurym ambientem, aniżeli pompująca techno-bity do obijania mordy.

Smak Konoko

Grafika nawet te 16 lat temu nie robila większego wrażenia. Co ciekawe, czytając wywiady z twórcami, można to chyba zrzucić na niezbyt imponujące możliwości iMaców końca lat 90. Tak jest, dobrze przeczytaliście - pomimo aparycji na wskroś konsolowej, Oni było projektowane z myślą o sprzęcie Apple’a, a w tamtym czasie Steve’owi Jobsowi zależało jeszcze na grach wideo. To takie fascynujące, że Bungie, firma znana obecnie ze strzelanin, w poprzednim stuleciu słynęła ze strategii, a na Macworld w 2000 r. reklamowała Halo jako przełomowego RTS-a. Trzeba jednak zaznaczyć, że Oni powstało w świeżo sformowanym, siostrzanym studiu w Kaliforni - Bungie West.   

Wyobraźcie sobie, że Oni to gra tak bardzo komputerowa, że wsparcia dla pada nie ma wcale, a jedyna i słuszna konfiguracja klawiszy modyfikowalna jest poprzez… plik tekstowy schowany w folderze z grą. W tamtym okresie nawet najpodlejsze porty z konsol były pod tym względem wygodniejsze. 

Niedoświadczenie ekipy z zachodniego wybrzeża USA zaprocentowało wieloma problemami w czasie produkcji. W finalnej wersji nie pojawiło się sporo z prezentowanych w zapowiedziach elementów, od rzeczy tak błahych jak bronie, po całe tryby rozgrywki. Pokazy multiplayera nakręciły całkiem sporo osób i nic dziwnego - wobec miodnego systemu walki wyglądało to na doskonały pomysł. Koniec końców problemy ze stabilnością wyeliminowały okazję to oklepania mordy znajomym. 

But na mordę

Czy było warto? Malutko jest stylistyki mangowej w zachodnich grach, a szkoda, bo dostajemy cool otoczkę bez ciężkostrawnej japońskiej dziwności. Oni było tak blisko zostania wielkim dziełem, że aż boli. Nie udało się, ale sprzedaż wypadła nieźle, a sequel wszedł do produkcji... jeszcze przed premierą oryginału! Take-Two miało najwyraźniej sporo wiary w markę, ale skończyło się na tym, że Bungie West zamknięto, "dwójkę” dość szybko skasowano, a do gry wkroczył Microsoft i jedyne, czym się interesowało Bungie przez najbliższą dekadę, to Halo. Pozostała gorycz, bowiem połączenie bijatyki ze strzelaniną to naprawdę miodny koncept, a Oni potrafi go godnie zaprezentować, jeśli dać jej szansę. Ja dałem i wam polecam to samo. 

Zakup i uruchomienie: Choć Bungie szybko zyskało status kultowego developera, a konsolową wersję spłodził Rockstar, Oni jest nie do kupienia w żadnej istniejącej reedycji czy formie cyfrowej. Problemy są także z uruchomieniem na nowym sprzęcie, chyba że jakimś cudem wciąż jesteście wierni Windowsowi XP. Z pomocą przychodzi fanowska nakładka Anniversary, umożliwiająca odpalenie dzieła Bungie w komforcie płynnej animacji i wysokiej rozdzielczości. W opcji są też mody różnej maści - ja od razu zainwestowałem w graficzne aktualizacje tekstur i modeli. Jeśli idzie o sam zakup, to na Allegro konsolówkę pochwytacie za grosze. Z komputerową wersją jest już naprawdę różnie, więc możliwe, że będziecie musieli poszperać na eBayu. Ja się szarpnąłem na amerykańskie wydawnictwo, bo spójżcie tylko na to cudowne, opalizujące pudło <3

Oni Box Przód Oni Box Tył Oni Box Zakładka

 

Ocena na dziś: (naciągane) 7/10

 

Platforma - PC, PS2, Mac

Premiera - 26 stycznia 2001

Gatunek - akcja TPP

Średnia ocen w sieci - 73%

Zagrane po raz pierwszy - 2001 r.

Odświeżone - maj 2017 r.

Czas gry - 10 godz.+

 

Zwiastun

 


Tagi: