Rayman Origins

Rayman Origins

Nie będę ukrywał – Raymanem Origins byłem zachwycony od momentu, gdy po raz pierwszy go ujrzałem. Niesamowita oprawa zrobiła na mnie potężne wrażenie, ale zachwyt otoczką audiowizualną w końcu jednak przemija. Jak więc dzieło Michela Ancela broni się w kwestii rozgrywki?
 
Rayman to produkt maskotkowego szału lat 90. w branży gier wideo, kiedy to każdy chciał mieć swojego Sonica czy Mariana. Bubsy, Gex, Jazz czy Crash to tylko bardziej znane przykłady, ale o większości mało kto dziś już pamięta. Wprawdzie Rayman dziarskim krokiem wszedł w XXI wiek,  to wkrótce usunął się w cień dzięki występom w serii popierdółkowatych gier o przygodach Szalonych Kórlików. Z emerytury wyciągnął go niedawno Michel Ancel, jego twórca.
Pomysł na nową grę z bezczłonkim stworem Francuz miał prosty i ostatnio modny, czyli powrócić do korzeni. Szefowie Ubisoftu podchwycili tę ideę i Rayman dołączył do szeregu marek sięgających do swoich początków: w tym wypadku dwuwymiarowych i ręcznie rysowanych. Origins stał się faktem. Podług pierwotnego konceptu gra miała opowiadać o pierwszych przygodach Raya, ale pomysł ten porzucono na rzecz prostej idei kontynuowania losów jego wesołej bandy.
Rayman Drzemka
Raymana, jego kumpla Globoksa oraz dwóch znajomych Tinsich zastajemy, kiedy ucinają sobie popołudniową drzemkę razem z twórcą świata Rozdroży Marzeń, Polokusem. Ich głośne chrapanie nie daje spokoju staruszce ze świata nieumarłych, więc ta wypowiada wojnę, wysyłając na powierzchnię zarazę i element rodzaju wszelakiego. Nasi bohaterowie muszą wyplenić zeń swą ziemię poprzez oswobodzenie Elektrunów, antropomorficznych różowych „cosiów”, które zebrane do kupy mają zasilić… Gwiezdne Wrota prowadzące do podniebnej krainy.
Fabuła jest totalnie absurdalna i tylko pozornie prosta jak drut. Jej meandry nie są jednak podane w zbyt zrozumiałej formie, głównie z uwagi na to, że historia opowiadana w Origins jest rozmyślnie tylko tłem dla fantastycznej rozgrywki. I zupełnie to nie przeszkadza. Zresztą jak tu traktować choć trochę poważnie scenariusz, który każe głównym bohaterom tańczyć disco ze swoim nemezis?
Pierwszy kontakt z Origins to czysty zachwyt. Tak przepięknej rysunkowej grafiki me oczy jeszcze nie widziały! Wszystko jest cudownie animowane, a rozmaite smaczki właściwe są nie tylko dla czwórki głównych bohaterów, ale i najbardziej prozaicznego przeciwnika czy elementu wystroju. Warto pochwalić projektantów poziomów, których fantazja nie ograniczyła się do obligatoryjnej zimowej, pustynnej i dżunglowej scenerii – odwiedzamy też coś na kształt piekielnej kuchni, podwodnych odmętów, lokalnego odpowiednika Tybetu, muzycznej krainy i industrialnej stacji powietrznej. Na wytrwałych czeka nawet świat nieumarłych.
Rayman Cien
Kolejnym hitem przy odbiorze gry okazuje się muzyka i dźwięk. Czerpiące garściami z kultowych westernowych kawałków aranżacje Herala i Martina przeplatane są radosnym śpiewem Lumów, żyjących odpowiedników złotych monet Mariana, które w dodatku cieszą się kiedy je zebrać. Ich poziom słodkości można porównać do najbardziej rozczulających obrazków i filmików z kotami z jakich słynie intersieć. Pieśń fakirów w wykonaniu tych złotych stworków nie przestaje mnie rozbrajać za każdym razem, gdy odwiedzam wysokogórską krainę świata Raymana.
Origins zaskakuje także w kwestii rozgrywki. Oczekiwałem gry łatwej, prostej i przyjemnej na jakieś sześć godzin, a otrzymałem platformera, który wypuścił mnie z żelaznego uścisku dopiero po trzynastu godzinach. Ze zdumieniem obserwowałem, jak mapa przygód Raya poszerza się o nowe miejsca, a poziom trudności rośnie do momentu, w którym precyzja co do najdrobniejszego ruchu jest absolutnie wymagana. Ostatni etap to mozolne szlifowanie każdego posunięcia przez bite półtorej godziny, zanim siedemnaście minut napisów końcowych ukoiło moje skołatane nerwy.
Pomimo etapów z tak wyśrubowanym poziomem trudności, najważniejsze jest poczucie, że żadne przeszkody nie są tanie, tak jak to niejednokrotnie miało miejsce w przygodach wąsatego hydraulika. Poza tym w każdej chwili do gry może wskoczyć kolega. Albo trzech kolegów. Radość z gry zdaje się rosnąć wprost proporcjonalnie do liczby uczestników, na co niewątpliwie ma wpływ fakt, iż pobliskiemu kompanowi można sprzedać liścia w twarz, tudzież kopa w zadek nad skrajem przepaści. Strącony gracz nie powinien mieć jednak większych pretensji, bowiem powraca do gry jako bąbelek, którego trącenie przywraca postać do życia. Brakuje tylko opcji śmigania w kooperacji przez Internet.
Rayman Co-op
W ściśle technicznym rozumieniu nowemu Raymanowi trudno coś zarzucić. Sterowanie jest dopracowane, a opanuje je właściwie każdy, gdyż poza kierunkami korzysta się przez większość czasu z klasycznych dla platformówek dwóch guzików. Wymagania sprzętowe nie sprawią kłopotu typowej maszynie, a poziom płynności animacji nigdy nie zbliża się nawet do niepożądanego stanu. Gra obsługuje dowolny kontroler podłączony do PC, a obłożenie klawiszy można swobodnie definiować. Za polonizację odpowiedzialna jest tylko jedna osoba, ale spolszczenie Rafała Skrzypka zasługuje na najwyższe uznanie, bo znakomicie przeszczepia na nasz język angielskie teksty nie wytracając przy tym humoru.  
Rayman Origins to bez wątpienia jedna z najlepszych gier w jakie grałem i dołącza do wąskiej listy tytułów, które z czystym sercem mogę pokazać każdemu, komu trzeba unaocznić jakie gry są świetne. Fenomenalna oprawa i dopracowana rozgrywka, która jest łatwa do przyswojenia dla początkujących, ale naprawdę wymagająca do mistrzowskiego opanowania. Choć odrobinę przesadzono z poziomem trudności, to towarzystwo mej kochanej nastoletniej siostry w skórze pociesznego Globoksa skutecznie odgoniło wszelkie złe myśli, jakie mogłem mieć o Origins.
 
Premiera – 29 marca 2012 (24 listopada 2011 wersje na X360 i PS3)
Platforma - PC (testowana), X360, PS3, 3DS, Wii, Vita
Developer – Ubisoft Montpellier
Gatunek – platformówka
Czas gry – 12h ++
Średnia ocen w sieci – 89%
Moja ocena - 10/10
 
Zwiastun

Próbka możliwości wokalnych Lumów