Retrogranie: Knights of the Temple

Retrogranie: Knights of the Temple

Co nam wyjdzie, gdy zmiksujemy dużo krwi, soczyste akcje, niezwykle dynamiczne starcia i cieszące oko, spektakularne zabójstwa? Z całą pewnością rąbanka. A w zasadzie – hack'n'slash. Gatunek mało ambitny, ale bardzo popularny i dający dużo radości. Taki też jest Knights of the Temple – produkcja lekka, miła i przyjemna, a przy tym obfita w nieskrępowaną akcję, z której płyną hektolitry przyjemności.
I wcale nie przesadzam – przeciwników tu się morduje hurtem, nie zwalniając tempa ani na sekundę. Ciosy zadawane w rytm szczęku stali wyglądają jak prawdziwy taniec śmierci, który rozpędza się wraz z rozwojem fabuły. Niezbyt odkrywczej czy porywającej, ale dającej niezłe tło dla nieustannie toczonych walk.
Od zera do bohatera
Paul – oskarżyciel, sędzia i kat w jednym – to młody templariusz wplątany w intrygę mającą obalić istniejący porządek świata. Nasz bohater to początkowo nieopierzony żółtodziób, który zna tylko podstawowe ruchy i ledwo sobie radzi z obłąkanymi klechami. Nie powstrzymuje go to jednak przed gonitwą za złym Arcybiskupem, który za pomocą pięknej Adeli (i jej nadprzyrodzonych mocy) chce przejąć władzę nad ludzkością. Durne? Racja, ale pozwala autorom wykreować długą podróż, na końcu której czeka nas... a, nieważne.
Siekać każdy może... Walka z rycerzami
Oczywiście niemożliwym byłoby dotarcie do Małego, Ale Bardzo Złego Bossa, gdyby nasz  rycerz bardziej nadawał się do cepa, niż do stali. W ciągu swojej wędrówki Paul napotyka na wielu zróżnicowanych przeciwników, od których przejmuje co ciekawsze i bardziej nowatorskie techniki walki. Robi to przy tym na tyle sprawnie, że koniec końców macha mieczem lepiej niż Geralt i Altair razem wzięci.
Niesamowicie dynamiczne i płynne walki to z pewnością zasługa bardzo dobrego sterowania, które mimo braku obsługi myszki pozwala na precyzyjne wymierzanie kolejnych razów. Ewolucje składające się z kilkunastu ciosów, od których nierzadko aż oczy bieleją, płynnie wyprowadzające kolejne cięcia robi się tu naprawdę prosto – wystarczy dosłownie parę minut na opanowanie kilku podstawowych klawiszy. Potem pozostaje tylko doprowadzenie klikania do perfekcji i łagodne łączenie ich nieskomplikowane sekwencje, które często kończą się równie krwawym co efektownym finiszerem. Niestety, choć na swojej drodze natrafimy na całą kupę złomu – począwszy od różnych typów mieczy i sejmitarów, poprzez pałki, a na toporach kończąc – każdą bronią macha się tak samo.
Nie mieczem go, to czarem
Starcie z Saracenami Wrogów na naszej drodze stają całe setki, więc nie brakuje okazji do ćwiczeń. Na drodze Paula stanie cała wataha nawiedzonych księży, rycerzy, Saracenów, skrytobójców i potworów rodem z prozy Lovecrafta. Godna pochwały jest inwencja autorów, którzy dla każdego oponenta opracowali odmienny charakter walki – niektórzy stawiają na klasyczne chowanie się za tarczą, inni próbują kontrować nasze ataki z zaskoczenia. Często też musimy bronić się przed gradem ciosów, którymi zasypują nas wrogowie dzierżący dwa miecze.
Nie musimy jednak pozostawać im dłużni – Paul uczy się od przeciwników przełamywania bloków, ataków z wyskoku, ogłuszania czy zdradzieckich pchnięć prosto w brzuch. Mało tego, w pewnym momencie nasz wojak nabywa paranormalne moce, pozwalające na wzmocnienie swoich ataków i leczenie. Te specjalne modlitwy są niezbędne, by bez większych uszczerbków na zdrowiu przetrwać w niegościnnym świecie.
Paul vs Czarny rycerzPodróż za jeden uśmiech
Knights of the Temple funduje nam prawdziwe tournée po kolebce ówczesnej cywilizacji –  zwiedzimy nie tylko ciemną, średniowieczną Europę, ale także słoneczną Akrę i Jerozolimę, jak również... samo Piekło. Zwłaszcza ono zasługuje na pochwałę – przytłaczające, ogniste i nieprzyjemne, niczym nie ustępuje klasykom fantasy. Ogólnie lokacje są wykonane z pieczołowitością i choć są nieco pustawe, doskonale spełniają swoją rolę jako arena walk. Czasem napotkamy też na proste zagadki logiczne, ale nie powinny one sprawić problemu nawet średnio rozgarniętemu pięciolatkowi.
Niestety, w grze nie ustrzeżono się paru potknięć. Pomijam słabą i zupełnie bezsensowną fabułę, ale trudno nie wspomnieć o czasem nieporadnej kamerze. Ta bowiem w każdym miejscu planszy ma swoją stałą, niezmienną pozycje i zdarza się, że po przeskoczeniu z jednego ujęcia na drugie „gubimy” swoją postać. Wkurza też częściowo zniszczalne otoczenie – możemy do usra... usłanej różami śmierci walić w mieczem skrzynkę, a ta ani drgnie, mimo że 10 sekund wcześniej identyczna ustąpiła pod jednym ciosem. Szkoda też, że łuk, z racji ciasnych starć, jest w zasadzie bezużyteczną bronią.
Na dwoje babka wróżyła
Wizyta w Piekle Jeśli ktoś minął się z powołaniem i, mimo najszczerszych chęci, nie pracuje w rzeźni, a wciąż ma ochotę na bezkarne szlachtowanie – powinien w ciemno zagrać w Knights of the Temple. Kilkugodzinna przygoda wsysa jak bagno i jeśli się od niej ktoś od niej odrywa, to zapewne z bólu palców zmuszonych do ciągłego atakowania klawiszy. Natomiast ci, którzy liczą od fantasy oczekują czegoś więcej, już po paru sekundach odbiją się od „tępego hack'n'slasha”.
 

 
Ocena: 8/10
Platforma: PC, PS2, Xbox, GameCube
Gatunek: hack'n'slash
Producent: Starbreeze AB
Czas gry: ok. 6-8h
Premiera: 19.03.2004
Cena: ok. 20 zł (eBay)