Retrogranie: Rune

Retrogranie: Rune

Zanim Devil May Cry oderwał termin hack’n’slash od Diablo i innych erpegów, szlaki w rąbaniu przeciwników mieczem próbował przetrzeć Rune. Choć od tamtego czasu minęło już 15 lat, krawędź ostrza debiutanckiego dzieła Human Head Studios wcale się nie stępiła.
 
Platforma – PC, PS2 (edycja Viking Warlord, o której lepiej zapomnieć)
Premiera – 18 listopada 2000
Gatunek – akcja & przygoda, slasher
Średnia ocen w sieci – 94%
Zagrane po raz pierwszy – 2010 r.
Odświeżone – marzec 2016 r.
 
Wspomnienia: wikingowie, ciężki klimat, odrąbywanie kończyn mieczem i świetna grafika. Zagrać przez długi czas nie było mi dane, bo wysokie wymagania sprzętowe i stosunkowo niska popularność w Polsce.   
Conan styleRzeczywistość: jak wszystkie gry na silniku Unreala, Rune zestarzało się zupełnie nieźle i nie trzeba też biedzić się z uruchamianiem. Zresztą goście z Human Head, kiedy odebrano im produkcję Preya 2, wydali wzbogaconą i poprawioną wersję gry, dopisując „Classic” do tytułu. Uznałem to za dobry pretekst do reinstalacji po tym, jak lata temu odbilem się od Rune’a - wszystko przez pierwsze poziomy, czyli samouczek w wiosce i rozmaite podziemia, gdzie siecze się tak ekscytujących przeciwników, jak kraby i mięsożerne rośliny (a jak dobrze zawieje to też goblin sie trafi).
Taki początek – jak na tytuł, który opiera się na walce z mrocznymi Wikingami i ogolnym zapobieżeniu końca świata – to słaba opcja. Sytuację pogarsza mało intuicyjny projekt poziomów podług starej szkoły, ale szczęśliwie co bardziej nudne/problematyczne sekwencje w nowej wersji uproszczono lub wręcz wycięto. W porównaniu z wydanym kilka miesięcy wcześniej Heavy Metal F.A.K.K. 2 oraz serią Tomb Raider, w Rune znacznie słabszy nacisk położono na szukanie przełączników i skakanie po platformach, a z przyczyn „naturalnych” wypadło strzelanie. W centrum pozostało więc rąbanie przeciwników mieczem, toporem lub młotem w kilkunastu smakach, a Ragnar – mało charyzmatyczny gość z okładki, którym sterujemy – może nosić to całe żelastwo naraz i się przy tym nie spocić. Nie jest to w zasadzie konieczne dla naszej wygody, ale aktualnie dzierżonym przedmiotem można rzucać, więc zapas zawsze sie przydaje.
"Pasjonujący" początek w podziemiach
Rok 2000 był dobrym czasem dla wirtualnych sadystów, bo zanim nastał Rune, media trąbiły o niesamowitej brutalności Soldier of Fortune.  Po wprawce z systemem GHOUL i jego szczegółowymi strefami obrażeń na ciele przeciwników, gracze mogli porzucić giwery dla odrąbywania głów i kończyn toporem, z opcją klepania nimi kolejnych wrogów. Niestety, możliwości okładania „zgubioną” ręką jej właściciela nie ma, ale w trybie wieloosobowym każdy chętny może już odrodzonego kolegę tłuc jego własną prawicą.
To by było na tyle, jeśli idzie o finezję walki, bo żadnych kombinacji ciosów Ragnar nie zna – szczytem wyrafinowania jest wyprowadzany z wysoku cios z obrotem oraz możliwość blokowania tarczą razów nadchodzących w jego stronę (pod warunkiem, że ją akurat trzyma). Typowo jednak starcia składają się z robienia kółek wokół przeciwników i nerwowego pozycjonowania do wyprowadzenia dekapitującego szlagu. Pozbawianie oponentów czerepu wygląda nieco komicznie (coś jak korek wystrzeliwujący z szampana), ale nie nudzi aż do końca – zwłaszcza kiedy typ chwali się chwilę wcześniej jakim to nie jest kozakiem.
Jak na grę z „Rune” w tytule przystało, natrafimy w czasie swojej ośmiogodzinnej przygody (20 godzin wspominane w recenzjach sprzed lat to jakieś szaleństwo) na sporo magicznych kamieni. Oprócz typowych mocy zwiększających zdrowie i zadawane obrażenia, otrzymujemy możliwość dopakowaniadzierżonej broni. Niestety nie na stałe, a każda posiada tylko jedną magiczną właściwość, ale miejscami jest grubo. Mój faworyt to jednoręczny miecz wampiryczny, przekazujący zdrowie przeciwników Ragnarowi, oraz dwuręczny skurczybyk, miotający po naładowaniu falą głazów. Dobrze przeczytaliście - miecz zsyłający machnięciem lawinę głazów.
Valhalla czeka
W fabule jak dotąd celowo wspomniałem tyle co nic, bo w sumie nie ma o czym. Po wyrżnięciu sił nieczystych dzięki nam do Ragnaroku oczywiście nie dochodzi, a Ragnar jako pierwszy żywy człowiek dołącza przez tęczowy most do papy Odyna i legend miecza w Walhali. Generalnie bardziej od intrygi liczy się gęsty klimacik nordyckiej mitologii, wsparty przez dobrą, acz nieco zbyt zachowawczą muzykę spod ręki m.in Roma Di Prisco (tak, to ten od klasycznych Need For Speedów) – przydałoby się więcej bębnów, rogów i męskich chórów w miejsce okrzyków bólu, szczęków łańcuchów i ambientu.   
Choć fanów singla nie brakowało, a niektórzy zapaleńcy pod patronatem tworców wypuścili nawet kooperacyjny mod, to największym hitem Rune’a okazała się gra wieloosobowa. Widać to było kiedyś, gdy okazało się, że dodatek Halls of Valhalla rozszerza tylko multi, a widać także dziś, po rzucie okiem na tętniącą życiem przeglądarkę serwerów.
Maksymalnie dopakowany Ragnar
Liczba dostępnych wariantów rozgrywki nie powala liczbą, bo są tylko cztery. Jednakże już dwa z nich to absolutne hity - Headball każe zawodnikom dekapitować oponentów i wrzucać zdobyczne głowy do bramki, natomiast Arena stanowi wariację na temat walk gladiatorskich, gdzie na tytułowej arenie gracze ścierają się jeden na jednego lub w masowej bitwie zarzynają się, aż nie zostanie tylko jeden. Niestety, jak to często bywa, bardziej finezyjne tryby szybko tracą na popularności i na koniec wszyscy młócą w każdy na każdego w DeathMatchu. Osobiście w pojedynkach sieciowych dostawalem ostre baty, a nauce z pewnością nie pomagał fakt, że grają sami weterani i że każdy uczestnik pada po jednym szlagu. Zadowoliłem się więc skróceniem jednego barana o głowę i wyszedłem po angielsku.
Czy było warto? Ku mojemu zaskoczeniu tak! Po tym jak raz próbowałem zmierzyć się z Rune lata temu, myślałem, że będzie to jedna z tych pozycji, które bardzo chciałbym lubić, ale w sumie ssają pałę. Będąc w połowie kampanii złapałem się nawet na tym, że w godzinach wolnych od grania myślałem o powrocie do przygód Ragnara. W sumie skończyło się na tym, że sprowadziłem cudowną amerykańską wersję w dużym kartonowym pudle i kiedy już przestałem ją obmacywać (zobaczcie to małe dzieło sztuki na zdjęciach poniżej! - obok dla porównania wydanie polskie), ustawiłem dumnie na półce i napisałem ten tekst. Polecam wszystkim fanom dobrego klimatu i slasherów.
Zakup i uruchomienie: kupujesz na Steamie/GOG i grasz w Full HD. Stara wersja też zadziała bez większych problemów. W razie kłopotów z wyszukiwarką serwerów zastosujcie intrukcje z TEGO FORUM

Front amerykańskiego wydania Tył amerykańskiego wydania Polskie wydanie dla porównania
Ocena na dziś: 8/10
 
Zwiastun nowej wersji

Zwiastun trybu wieloosobowego

 


Komentarze

Portret użytkownika Biały Wilk

Dzięki za przypomnienie - pamiętam tę grę jeszcze z dzieciństwa. Trzeba zapolować na jakąś wyprzedaż :)

Podoba ci się to, co piszę? Więcej znajdziesz na http://wilku.me