Transformers: Wiek zagłady

Transformers: Wiek zagłady

Filmy Michaela Baya są fascynujące. Wszyscy zdają się ich nie cierpieć, a jednak oglądają na potęgę, gwarantując powstanie kontynuacji. Po nietypowym jak na tego reżysera Pain & Gain (Sztango i Cash) z jedną tylko eksplozją, wielu oczekiwało, że Transformers: Wiek zagłady będzie zwrotem w karierze Amerykanina. Nic z tych rzeczy – film to tak radośnie głupi i głośny jak zawsze, z tym że teraz trwa prawie trzy godziny.
 
165 minut. Na tyle rozciągnął czwarte z kolei widowisko o robotach z kosmosu Król Eksplozji. Miłośnikom rozwałki mogłoby się wydawać to wspaniale, wszak to o 11 minut rozpierduchy więcej niż ostatnio i 21 minut więcej niż w pierwszej części. W rzeczywistości tak długi czas trwania męczy bez względu na to, czy ogląda się Tańczącego z wilkami, Mrocznego Rycerza czy Transformery właśnie – zwłaszcza, że czwarty raz serwuje nam się to samo.
Choć mieliśmy dostać swego rodzaju restart serii, powiew świeżości ograniczono do nowych aktorów i designu robotów. Wymiana obsady zmienia jednak niewiele: jeśli kogoś irytował nadpobudliwy Shia Labeouf, to ucieszy się na widok dojrzalszego Marka Wahlberga, ale cała reszta postaci to ten sam typ. Mamy więc supermodelki na każdym kroku, sfiksowanych naukowców i irytujących luzaków – brak tylko dzielnych amerykańskich żołnierzy.
Lockdown i jego statek
Oglądając Wiek zagłady poczułem ulgę. Żadnej trzęsącej się kamery, pięknie sfilmowana akcja (to Bay potrafi genialnie), a głębia trójwymiaru nadaje sens istnieniu kin IMAX. Film ten nie jest też tak irytujący i obsceniczny jak poprzednicy - widać, że scenarzysta Ehren Kruger wziął sobie trochę negatywnych opinii do serca.
Z kolei Michael Bay krytyki nie słucha - powiedział to nawet sam - a jego filmy przypominają porno: mają wyraźne niedostatki fabularne, bywają przerysowane, niedorzeczne i niezamierzenie śmieszne, ale kiedy już dochodzi do „mięsa” potrafią dać dużo przyjemności. Co prawda po wszystkim wielu czuje się wstydliwie, ale taki już charakter rozrywki doświadczanej z gaciami w dole. Niektórzy wstydu nie czują, bo przecież Transformery pozwalają doznać orgii wizualnej bez potrzeby rozpinania paska, a do kina zabrać można nawet dzieci.  
Nowy Bumblebee
Jeśli więc „robot na robocie” przyprawia was o dreszcz podniecenia, to będziecie w domu, zwłaszcza, że teraz są też dinozaury. Ba to właśnie dla nich, dla Dinobotów, wiele osób zobaczy ten film. Doznanie ich szarży przez środek wielkiego miasta w domyśle miało być jak drugie przyjście Chrystusa, ale niestety nie robi aż takiego wrażenia. Po pierwsze dlatego, że chwile wcześniej Autoboty dały całkiem wystawny pokaz przerabiania na konserwy swoich rywali, a po drugie dlatego, że źle to zmontowano - zamiast smutnej muzyki na podkładzie zdecydowanie lepiej pasowałoby coś bardzo dudniącego i podniosłego.
Skoro już o muzyce zacząłem rozprawiać, to warto napisać kilka słów o ścieżce Steve’a Jablonsky’ego. Ten jak zwykle stanął na wysokości zadania, dając może niezbyt oryginalną (a chwilami wręcz kradnącą z Człowieka ze stali), ale wyrazistą ścieżkę dźwiękową. Tradycyjnie wpleciony w nią jest specjalnie skomponowany przez modną kapelę utwór rockowy. Linkin Park najwyraźniej nie jest już na czasie, bo kalifornijski zespół zastąpiono Imagine Dragons. Ich kawałek Battle Cry naprawdę daje radę, a bardzo mocna perkusja znakomicie zadziałałaby na ekranie. Zadziałałaby, gdyby Bay zechciał jej użyć - to się przed napisami końcowymi niestety nie staje.
Optimus i Grimlock
W sumie będę już kończył tę recenzję, a niczego nie napisałem o fabule. Może dlatego, że najmniej się ona liczy, pomimo, że poświęca się jej tak dużo czasu. Wiek zagłady to w zasadzie dwa filmy w jednym – jeden w Ameryce o tym, że ludzie polują na Transformery z pomocą innego Transformera (Lockdown), a drugi w Chinach, kiedy Zły Transformer (Galvatron) próbuje przejąć władzę z pomocą robotów skonstruowanych przez ludzi. Całość wieńczy kompletnie bezsensowny epilog, w którym Optimus Prime wylatuje w kosmos w poszukiwaniu swoich stwórców. Jego wyposażenie nie pozwala na latanie, ale to "drobny" szczegół.  
Transformers: Wiek zagłady absolutnie nie przekona do siebie przeciwników twórczości Michaela Baya. Mało tego, wielu utwierdzi w przekonaniu, że Amerykanin posyła Hollywood na dno. Mnie ten film kojarzy się z czwartą odsłoną Piratów z Karaibów – linię fabularną wcześniej zamknięto, nikt o jeszcze jedną część w zasadzie nie prosił ale i tak powstała. Rezultat końcowy niby w duchu poprzedników, ale słabszy i w zasadzie po raz kolejny strukturalnie taki sam. Blisko trzy godziny w kinie na Wieku zagłady zadowoli głównie fanów dzięki imponującym scenom akcji – wyjdziecie trochę zmęczeni, ale zadowoleni.
 
Moja ocena: 8/10 (za radość)
 
Zwiastun

Moja wersja szarży Dinobotów