Za moich czasów w Call of Duty

Rok temu Call of Duty wróciło do korzeni, serwując drugę wojnę światowa i mocną kampanię dla jednego gracza. Teraz czas na Black Ops 4, które niewiele sobie z tego robi, posuwając się nawet do podmianki singla na Battle Royale. Tfu! Za moich czasów w Call of Duty chodziło o hollywoodzkie doznania, a „Battle Royale” to był tytuł niszowego japońskiego filmu.
Obecnie wiele osób dziwi się, że a po co ten singiel, a na co, że bardzo dobrze, że się go pozbyto, bo i tak „wszyscy” grają tylko w multi. Call of Duty zbudowano jednak w oparciu o aktywny udział w Szeregowcu Ryanie i zrobiono to tak dobrze, że ludziom buty spadały z wrażenia. Korzystając więc z blackopsowej herezji, wspomnijmy jak to drzewiej się do Niemców strzelało - żadnych Zombie, żadnych paczek z nieba, żadnych egzoszkieletów i biegania po ścianach.

Szybki taniec z pierwszym CoD-em i w głowie natychmiast kiełkuje klasyczny przypadek „wow, przysiągłbym, że to wyglądało dużo lepiej!”. W przeciwieństwie jednak do Medal of Honor: Allied Assault, „jedynka” to dalej bardzo grywalna pozycja, więc po dostrojeniu się do grafiki dawne emocje odżywają. Ostre zżynanie z filmów wojennych też wypada dobrze (jak szturm Stalingradu jedynie z magazynkiem w ręku), a po latach człowiek docenia pewne smaczki, które umknęły mu kiedyś, jak na przykład Jason Statham wykrzykujący komendy w brytyjskiej części kampanii.

Szturm Pointe du Hoc (COD2)

Wielki sukces oryginalnego Call of Duty naturalnie sprawił, że od razu podjęto prace nad kontynuacją. W 2003 roku nie oznaczało to koniecznie czegoś z dwójką w nazwie, ale często również po prostu dodatek, więc rok później na półki wyłożono rozszerzenie United Offensive. Zanim chłopaków z Grey Matter Interactive wkomponowano w Treyarch, dostaliśmy w istocie pełnoprawną kontynuację: nowa kampania, nowe elementy rozgrywki i drastycznie rozbudowany multiplayer. Ten ostatni pod kilkoma względami był wręcz wizjonerski, bo wprowadził system rang z dodatkowymi przedmiotami (w ramach jednego meczu) i… pojazdy. Głupia przejażdżka jeepem dalej wydaje się w Call of Duty abstrakcją, a w United Offensive był nawet tryb starć czołgów!

Dłubiące nad „dwójką” Infinity Ward chyba się z Gray Matter nie dogadało, bo innowacji z dodatku takich jak możliwość sprintu, odrzucania i „gotowania” granatów czy rozkładania karabinów maszynowych brak. W zasadzie zmieniono tylko (lub aż) system zdrowia - od teraz apteczki zaczęły być zbędne, a wszelkie obrażenia leczył krótki pobyt za osłoną. Wbrew litaniom wielu oldskulowców, rozwiązanie to zadziałało w Call of Duty lepiej niż punkty życia, pozwalając na większy rozmach i intensywność. Niestety zwiększona ilość Niemców namnożyła liczbę granatów, któych nie można było odrzucić, ale rewolucja się rozpoczęła - dzięki szybszej i darmowej regeneracji gracz mógł znajdować się w większym zagrożeniu i wyjść z niego cało.

Ofensywa w Ardenach (COD UO)

Poczucie zawodu, które trzynaście lat temu utrzymywało się u mnie przy przechodzeniu Call of Duty 2 niestety przetrwało - ciekawa wariacja na temat „ryanowskiej” Normandii (klif Pointe du Hoc) i ponowne sięgnięcie do Wroga u bram (przemykanie w stalingradzkich rurach i zabawa w snajpera) nie wystarczyło na atrakcje serwowane w United Offensive, gdzie zaczynało się od odparcia niemieckiego szturmu na amerykańskie okopy w Ardenach, kończyło na ogromnej bitwie pod Kurskiem (nie zerżniętej z żadnego filmu!), a w międzyczasie były takie smaczki jak komando-akcja brytyjskiego SAS w wysadzenie dział Navarony czy sabotaż nazistowskiego pociągu z holenderskimi partyzantami. Cóż, na korzyść dzieła Infinity Ward przemawia przynajmniej długość kampanii, bo potrzebne do jej ukończenia osiem godzin to więcej niż typowe pięć-sześć. Czasem nie jest się też stuprocentowo prowadzonym za rączkę, a grafikę ulepszono na tyle, że gra się bez szkody dla wzroku. Generalnie wydaje się, że w przypadku Call of Duty 2 to multiplayer wyszedł na pierwszy plan (bardzo duża społeczność), choć i tu innowacji z United Offensive szukać na próżno. Cóż, może coś mi umknęło, bo to o grze Infinity Ward mówiło i grało się przez długie lata.

Rok 2006 wydał się pecetowcom dziwny. Ich ulubiona strzelanina, duma komputerowej platformy, nagle ukazała się jedynie na konsolach, gdzie dotąd trzeba było się zadowalać nędznymi imitacjami pokroju Finest Hour czy Big Red One. Strata okazała się jednak niewielka, bo Call of Duty 3 nie udało się daleko umknąć konsolowej stygmie tamtego okresu, przy tak porywających innowacjach w singlu jak wiosłowanie łodzią czy siłowanie się z napadającym nas skryptem. Co prawda starano się pogłębić fabułę, a swoje pięć minut dostali tacy wojenni trzecioligowcy jak Kanadyjczycy i Polacy, ale na ile to wyszło to powiem, że podczas kampanii grała naprawdę dobra muzyka! „Trójkę” tworzono zaledwie 8 miesięcy i to widać, ale kilka dobrych słów należy się multiplayerowi, bo znów pojawiły się pojazdy, a umiejętności specjalne rozbudowano poprzez różne klasy żołnierzy.

Sierż. Roebuck (COD WAW)

Kiedy drugowojenne strzelanki zaczęły już powoli nużyć graczy, Infinity Ward odpaliło prawdziwą petardę - Modern Warfare nie tylko wprowadziło powiew świeżości do serii swoim współczesnym settingiem, ale i zrewolucjonizowało całą branżę. Niestety trudno cokolwiek zrobić z gaciami w dole, także gościom z Treyarch nie pozostało nic innego, jak tylko zrobić z ze znajdującego się w produkcji World at War jak najlepszy tytuł - pomimo wyświechtanych realiów. Tym razem wersja komputerowa wyszła (choć z dużymi bólami) i obyło się bez przypału u pecetowej braci; Amerykanie dostarczyli grę na wysokim poziomie. Wrażenie robiła zwłaszcza oprawa audio/wideo: znajome scenariusze zrealizowano z niespotykanym dotąd rozmachem, a rozkazy na polu walki wydają Kiefer Sutherland i Gary Oldman. Całość zyskała także na powadze, dużo więcej jest brutalności, a w czasie kampanii przewijał się motyw samobójczych ataków, tortur, zabijania jeńców i podpalania wrogów. Warto też odnotować, że to właśnie od World at War swoją karierę rozpoczął tryb zombie, a multiplayer ma się świetnie nawet dziś (przynajmniej na komputerze).

Od tego momentu w historii serii akcję zaczęto umieszczać coraz bardziej w przyszłości, z kulminacją w postaci Infinite Warfare, sadzającego nas za sterami kosmicznego myśliwca. Zmieniło się to dopiero rok temu za sprawą WW2, ale zanim do tego doszło, wiele osób było tak zafiksowanych w swojej dezaprobacie*, że wolało hejtować zwiastuny, zamiast przekonać się, że niemal wszystkie single w Call of Duty trzymają dobry poziom, niezależnie czy słuchamy krzyków ginących nazistów, bliskowschodnich terrorystów czy zbuntowanych Marsjan. Wyjątkiem są tu wytknięte wyżej pozycje i Black Ops III, choć ten ostatni może pochwalić się chociaż intrygującym epizodem z ofensywą w Ardenach z użyciem futurystycznego sprzętu.

Lądowanie w Normandii (COD WW2)

Ciekawi mnie, czy ci wszyscy internetowi krzykacze byli zadowoleni, kiedy ich wymodlone WW2 ukazało się w sklepach, bowiem dzieło Sledgehammer Games to gamingowe doświadczenie drugowojenne w pigułce, którego największą zaletą jest umiejętne cytowanie z gatunkowych evergreenów. Mamy tu więc znajomą historię amerykańskiej „Czerwonej Jedynki” (BRO), etapy w samolocie (UO) i czołgu (1, 2, 3, WaW), misję szpiegowską, lądowanie na plaży Omaha (Allied Assault) oraz wzywanie sanitariusza i korzystanie z umiejętności innych członków zespołu (Pacific Assault). Wszystko to skąpano w gęstym odgrzewanym sosie z Kompanii braci i podano z jeszcze większym rozmachem, wycierając się przy tym autentycznością**. No dobrze, pod koniec okazuje się, że jednak nie wszystko odmierzono od starej miary, bo poruszany jest trochę temat holocaustu. Twórcom udało się tego nawet dokonać bez wychodzenia na ignorantów, co trzeba uznać za duży sukces w grze tego typu.

Po tym, czego doświadczyłem w kampanii WW2, zacząłem się zastanawiać czy faktycznie nie widzieliśmy już wszystkiego w tej formule Call of Duty. Być może do podobnego wniosku doszła też ekipa z Treyarch, kiedy projektowała Black Opsa 4. Finalnie uświadomiłem sobie jednak, że przecież trzon rozgrywki nie zmienił się przez lata ani trochę i nawet trupy upadają podobnie, choć technologię rzekomo zmieniano. To mało odkrywcza teza, że Call of Duty pozostaje wciąż takie samo, ale chyba nieco świeższym twierdzeniem będzie, że wszyscy tak naprawdę bardzo chcemy, by ta rewolucyjna niegdyś seria znów nas porwała. No nic, w tym roku na to już za późno, ale może zrobi to naśladowca - poczekajmy miesiąc na Battlefielda 5 i jego czarno-feministyczną emancypację.

* Pierwsza zajawka (bez rozgrywki!) trafiła do top 3 najbardziej nielubianych filmów na YouTubie.
** Jak się okazało wybiórczą autentycznością, bo zakłamań nie brakuje, czasem dość kuriozalnych.